Przeprowadzka

Dodano 25 lutego 2012, w Bez kategorii, przez popiatej

Od teraz TAM.

This blog has moved HERE.

 

Niefajnie, jak dla mnie, nie mieć pstrykacza. Mam nawyk noszenia aparatu ze sobą [prawie] zawsze. Okazji do uchwycenia momentu w obrazek znajduję bez liku a tu pstrykacz rozłożył się kompletnie. Miał prawo, staruszek – osiem lat w świecie technologii klasyfikuje już tylko do ostatniej prostej ku podświetlonej gablotce za szybką.

Żeby to było takie proste kupić nowego pstrykacza i dobre szkło. Byle czego nie chcę, wiem, jaka to różnica w efekcie końcowym, na którym najbardziej mi zależy. Na jakość w tej chwili drobnych nie wystarcza, trzeba poczekać aż świnka przytyje. A raczej – aż nieźle się roztyje jak, nie przymierzając, kobieta w ostatnim stadium ciąży trojaczej ;)

Więc czekam.

I marzę ;)

Tymczasem dzieci nam rosną w siłę i rozum. Zmieniają się w młode, urocze – moim zdaniem – dziewczyny oraz przystojnych – jest po kim – chłopaków. Ciągną wzwyż, wysocy będą, buzie i kończyny się zmieniają, paluszki już nie takie pucołowate, rączki i stopy coraz większe, trzylatek w końcu to już kawał dziecka jest. Najstarszy ma się dobrze, tańczyć i śpiewać lubi, do przedszkola w końcu polubił chodzenie, trochę szkoda, że tak późno bo za pół roku szkoła. Wymiata w konstrukcjach LEGO, ma pomysły na przekładnie, jakieś koła zębate, coś się podnosi, coś opada, wymyśla, instrukcji się nie trzyma a ja ciągle Go pytam, czy aby na pewno pamięta ile ma lat. Jest powolny ale dokładny. Już widzę, ile czasu spędzimy nad idealnie narysowanymi szlaczkami w zadaniu domowym w pierwszej klasie. Bo że będą musiały być dokładnie narysowane to pewne ;)

Sielanka, zwana też siedzeniem w domu, trwa. Moje podejście do wychowania dzieci generalnie w Polsce trąci myszką. Mam wrażenie, że wiele jeszcze upłynie wody w lokalnej Dłubni zanim się mądre głowy zreflektują, że nie tędy droga. Bo u nas to się dopiero zaczęło i nadal wierzymy (bo jak tu nie wierzyć!), że tak trzeba, nie ma wyjścia, musimy dzieciaka wyposażyć we wszelkie umiejętności, inaczej nie poradzi sobie w wyścigu szczurów. I będzie gorszyyyyyy.

Na pocieszenie swoje i nielicznych dodam, że w Stanach, gdzie wszystkie moje dzieci się urodziły i początkowo szczęśliwie edukowały, etap zarzucania malucha obowiązkami przechodzi do lamusa. Zataczamy koło. Wracamy do tego, co było. A że garściami czerpiemy z Ameryki, w końcu slow parenting przyjdzie więc i do nas. Zakład?

Pokolenie wierzących w to, że można osiągnąć więcej, jeśli zacznie się wcześniej i będzie nad dzieckiem odpowiednio pracować, wychowało wielu dzisiejszych amerykańskich CEO. Zdecydowanie więcej wyszło im jednak osobników z zaburzeniami emocjonalnymi, nadwagą, nerwicą, wpisanymi w kalendarz regularnymi wizytami u terapeuty i… bardzo przeciętną pracą. Coraz więcej matek oddaje dzieciom dzieciństwo. Ma być czas na zabawę, na nudę, leżenie na dywanie, przytulanki, domową rutynę z plasteliną i kredką, drzemkę i odpoczynek, bez pośpiechu, bez masy zajęć dodatkowych, wystarczy dobra szkoła i soccer albo balet.

Bez porównywania się nawzajem, bez wiecznego oglądania się za siebie i na dzieci sąsiadów bo one to już… Doświadczyłam, jak bardzo matka Amerykanka czuje się pewna siebie, swoich wyborów i sposobu, w jaki opiekuje się dzieckiem. Doświadczyłam też, jak bardzo matka Polka stoi pod pręgieżem społecznych ocen, łatwo ulega wpływom, jest bombardowana dobrymi radami i polecanymi przez ‚specjalistów’ (od marketingu raczej) sposobami na wszystko co dziecka dotyczy – od wyboru smoczka, przez szczepienia, syropki, językowe przedszkole, na wyborze odpowiednich studiów skończywszy. Daliśmy się zwariować, skala rynku „dzieciowego” w Polsce poraża – poradniki, poratele internetowe, gazetki dla dzieci, o dzieciach, dla mam, o mamach, dla rodziców, o rodzicach i już same nie wiemy, co by jeszcze… Przypomina to raczej ciężką harówę, żeby ze wszystkim zdążyć i niczego nie zaniedbać. Inaczej, gorzej czuję się mamą w Polsce; nadal nie przyzwyczaiłam się do tego, że ktoś inny niż dzieci mnie z tej roli ocenia oraz…. że muszę się w tej dziedzinie doktoryzować ;)

Styl rodzicielstwa slow parenting jest mi bliski. Staram się, aby w naszym domu dzieci nie żyły w pośpiechu i poczuciu, że ciągle coś, gdzieś muszą, dokądś się spieszą, coś je ominęło i są od kogoś gorsze. Jeszcze mają na to czas. Nie chcę się poddać nurtowi wpływów, że w poniedziałek psycholog, we wtorek logopeda, potem poradnia, lekarz od tego, lekarz od tamtego, warsztaty, angielski, basen, joga, karate, pianino, po drodze ADHD, znowu psycholog i koło się zamyka. Mama i tata – trenerzy małego skauta zdobywającego kolejne sprawności – sami zestresowani, zapracowani, ale przecież nie robią tego dla siebie, robią to dla dziecka. Tylko, czy aby na pewno dla niego??

I z tą refleksją zostawiam już państwa, zabieram się za konkretne dokładanie do świnki skarbonki a więc za pracę zawodową – już grubo po 22-giej przecież ;)

 
 

  • RSS