Smoki leżące

Dodano 28 lutego 2011, w Bez kategorii, przez popiatej



 

Nie tak to sobie wyobrażałam

Dodano 21 lutego 2011, w Bez kategorii, przez popiatej

Miało nie być nic, zacofany kraj, zero atrakcji dziecięcych i fajnych miejsc, pustynia wczesnoedukacyjna dla maluchów. Zastraszona opowieściami trwałam w grzechu niewiedzy i spodziewałam się, że po przeprowadzce do kraju będę zmuszona dostosować rytm tygodnia wypełnionego wycieczkami w ciekawe miejsca do rytmu: nic – spacer – nic.  

Jakże się zdziwiłam.

Kraków ma do zaoferowania dzieciom tyle atrakcji, że do dziś mi wstyd za wcześniejszą niewiarę w możliwości przedsiębiorczych Polaków. Ciekawych miejsc jest cała masa. Faktem pozostaje, że niektóre z nich są dosyć drogie jak na polskie warunki płacowe i niestety większość z nich nie oferuje zniżek "hurtowych", pozostaje mi płacić za czwórkę.  


Do Gibona mamy rzut beretem i bywamy tam co najmniej raz w tygodniu. Szał ciał przez 2 godziny, potem małe co nieco, zasypiają w aucie mimo, że tak blisko, wnoszę śpiące jedno po drugim na piętro i mam dwie godziny dla siebie. Inwestycja udana :)



















 

Niemoc zupełna

Dodano 16 lutego 2011, w Bez kategorii, przez popiatej


wdarła się do laptopa mego. Zgasł i czeka na Powrót Taty z miasta centralnego.

W zasadzie jak cała reszta :)

W nadziei pozostaję, że odratować się uda co cenniejsze zbiory z zepsutego sprzętu i cichaczem korzystam z laptopa syna mego zamieszczając zdjęcia córek mych, które nic a nic z tematem padających dysków nie mają wspólnego, aczkolwiek w ogóle są.

Co do reszty archiwum rodzinnego to aktualnie brak… ojojoj!   


 

How I like them most :)

Dodano 9 lutego 2011, w Bez kategorii, przez popiatej





Poobiednia drzemka [ciągle] trwa :)

 

Odbicie lustrzane

Dodano 9 lutego 2011, w Bez kategorii, przez popiatej

Wybrałam się wczoraj do Kauflandu z czwórką dzieciątek, wsadziłam trojaczki do wózka
zakupowego, jad
ę, pcham, kupuję, płacę, już prawie wychodzę i…

Jeśli kamery przemysłowe to zarejestrowały to Panowie/Panie z ochrony nieźle się ubawili.

Odbicie
lustrzane: naprzeciwko nas jedzie drugi wózek zakupowy z… trojaczkami w środku :) Też dwie dziewczyny, też jeden chłopak, w tym samym wieku (miesiąc różnicy), mieszkają też w Krakowie.

Zrządzenie losu, przypadek?

Już się cieszymy na spotkanie w
poszerzonym gronie trojaczkowym.

 

Karetka pod bramą po raz trzeci w lutym. Dziś mamy
szósty. Lekarskie wizyty domowe u chorych dzieci – obiekt westchnień w Stanach. Cieszą,
choć przecież nie powinny :)

Czasem tak ciężko odpowiedzieć zwięźle i logicznie dlaczego i po co z Ameryki do Polski wróciliśmy po tylu latach. Bo przecież TAM to…!

No więc TAM to nie ma, na przykład, wizyt domowych. 

TAM jest wiele rzeczy, które cieszą. Takich, co wcale nie cieszą jest też całkiem sporo. Kraj jak wiele innych, moim zdaniem
przereklamowany i jak w reklamie – nie każdy go kupi. Zależy, co cieszy i
jaka alternatywa.   

Dziwnie i pod prąd ta przeprowadzka, dla nas miała sens ale chyba tylko
dla nas. Tu jest tak samo jak tam – do pewnego stopnia. Multikino,
mackdolandsy, megasklepy, konsumpcja, kredyty, fryty i nagetsy, plastik,
made in china i masówka. Wygoda jest, jak ktoś chce/nie może inaczej.

Lecz dalej jest Polska ta, która różni. I o tę różnicę tu chodzi.

O znajomość i akceptację pewnych tradycji i kultury. Tej codziennej: sposobu bycia, ubioru, estetyki, jedzenia, wypowiadania się, obycia w
języku, w historii, literaturze, sporcie i filmie. O sposób spędzania czasu
wolnego, wystrój domu, architekturę miast, krajobraz, wychowanie dzieci. Takie tam.

Te rzeczy stają się ważne, kiedy je tracisz.
Jednym udaje
się zaakceptować i polubić nowe nawyki, innych uciska ta inność i/lub dowolność(!). Jedni mają jeszcze wybór, inni wyboru już mieć nie mogą. Bo rodzina, bo praca, bo życie tam, bo obawy, stereotypy. Że są
rzeczy ważniejsze niż sposób trzymania noża i widelca przy obiedzie? A
pewnie, że są. Kluczem do szczęścia emigranta jest chyba umiejetność pogodzenia się z byciem w konflikcie z tym, jak zostało się
wychowanym, tak ja to widzę po dwunastu latach. Bo to gdzieś tam głęboko w nas siedzi. I knuje, i porównuje, i przypomina o sobie w najmniej oczekiwanym momencie :( 

Nam widać
brakło tej umiejętności kompromisu na dłuższą metę.

Przykładem posłużę żeby nie było, że teoretyzuję z
nadęciem: jadłospis dziecka w przedszkolu. Polska – kapuśniak, klopsy,
żurek, surówka, pierogi, naleśniki, jarzynowa. Stany: kanapka, pizza,
hot dog, owoce w syropie z puszki. To już nawet nie chodzi,
czy zdrowe, czy niezdrowe bo można się spierać, czy klopsiki w gęstym
sosie to rzeczywiście dobra alternatywa. Chodzi o to, że znajome,
swojskie, znane. Mówcie mi ograniczona, ale ja wolę nasze klopsiki :)

Nadal nie wiem, jak wytłumaczyć się z tego powrotu, najchętniej w ogóle bym tego nie robiła. Czuję, że nieważne, co powiem i tak nikt mi nie uwierzy – bo tak lepiej, błogosławiony niech będzie mechanizm wyparcia. Kończę niniejszym, o wyrozumiałość prosząc emigrantów ostałych na emigracji, chwała Wam za to, że wytrwaliście :)

 

  • RSS