Dolina Mnikowska

Dodano 31 października 2010, w Bez kategorii, przez popiatej


















 

W kolorach lata

Dodano 29 października 2010, w Bez kategorii, przez popiatej


Przed nami długi, ponoć słoneczny weekend. Może ostatni tak ciepły w tym roku. Kiedy za oknem buro i zimno, wspominamy z Kubą ostatnie dni w Ameryce spędzone w towarzystwie starych*, dobrych przyjaciół. Pozostały nam fotografie i …. Skype.

Tęsknimy i czekamy na kolejne spotkanie. Do szybkiego :)   








* Starych ale bardzo młodych.

 

O chłopcu, co psom grudy rzucał

Dodano 25 października 2010, w Bez kategorii, przez popiatej


Grudy ziemi z zaoranego już pola rzucał chłopiec psom czterem z braku patyków pod ręką. Pięknie! I pomyśleć, że kiedyś polonistykę skończyłam…

Od soboty Baton ma nowych kumpli. Kumpla i kumpelę, w zasadzie. Po sąsiedzku :) Myślę, że po tych stadnych harcach po grudach i łąkach Baton zadomowił się tu na dobre.






A zdjęcie poniżej to już niedziela i niecierpliwe oczekiwanie na przyjazd babci i dziadka. Oj, działo się. Kilka godzin później, kiedy dziadkowie zbierali się do odjazdu, zrozpaczony Kubuś uczepił się najpierw dziadkowej nogawki a później babcinego szalika i w żadnym razie nie chciał Ich wypuścić.


Smutno się zrobiło a do tego wyłączyli nam prąd i
siedzieliśmy w ciemnościach przez dwie godziny bo ani świeczki ani nawet
zapałek nie mamy jeszcze w nowym domu :( 

 

Krajobraz coraz wyraźniej górski

Dodano 21 października 2010, w Bez kategorii, przez popiatej


W ostatnią niedzielę sierpnia kiedy wylądowaliśmy w Balicach przywitały nas w Polsce ciepłe promienie słońca. Po przyjeździe do domu odkryliśmy, że z balkonu w sypialni chłopców roztacza się malowniczy widok na miasto od strony północnej oraz na zapierającą dech w piersi panoramę Tatr. Dla mnie, dziewczyny wychowanej na nizinach Wielkopolski, taki widok pasma górskiego z odległości ponad stu kilometrów to był totalny zachwyt.

Od tamtego dnia Tatry widziałam tylko raz. Zrobiła się jesień, szaro, ponuro, mgliście, Kraków ledwie co widać, o Tatrach nie wspominając.

Dziś góry odsłoniły się po raz trzeci – pomimo niepogody, zachmurzonego nieba i silnego wiatru. Tym razem zdążyłam z aparatem. Bo bardzo mnie ten
widok urzeka. I kusi :)



Deliberujemy z mężem nad zamianą sypialni z chłopcami. Małżeńska wychodzi po przeciwnej stronie na brzózki sąsiada. Też nieźle, aczkolwiek widoki z chłopięcej kuszą :)

Poprawka – z geografii wystawiam sobie mierny. Z nizin jestem, pisałam przecież :) Jak znowu zobaczę/uwiecznię Tatry – dam znać, na powyższych zdjęciach z balkonu widać Beskidy, nie Tatry :) Olśniło mnie poniewczasie.

Dodane 31.X.2010. I są. Tatry. Tam daleeeko :)

 

W planie był wyjazd po meble…

Dodano 17 października 2010, w Bez kategorii, przez popiatej

Aczkolwiek owady się nam nieco rozpierzchły :)



 

Baton znowu z nami

Dodano 12 października 2010, w Bez kategorii, przez popiatej

Od niedzieli pierwiastek męski znów dominuje. Przyjechał do nas Baton.

Szczęście Kuby było wielkie; zaskoczył mnie tym, jak mocno okazał radość ze spotkania z pieskiem i tym, jak bardzo za nim tęsknił. Od dwóch dni szepcze mu do ucha, że bardzo go kocha, daje się lizać, głaszcze, rzuca patyki. Aż miło patrzeć na ten wybuch emocji.


Wydawać by się mogło, że Baton będzie w siódmym niebie po tak wylewnym powitaniu a jednak… smutny jest i tęskni za babcią i dziadkiem. Snuje się po domu, cichutko, powoli, ignoruje psy sąsiadów (i kota Wirusa), pierwszej nocy płakał jakimś dziwnym głosem kilka razy. Serce się kroiło, nie przespałam pół nocy.

Dziś wzięłam go na długi spacer po okolicy w nadziei, że poprawi mu to humor i przypomni codzienne spacery z dziadkiem. Na spacerze chyba mu się podobało, po powrocie do domu znów popadł w melancholię. Nawet krupniczek nie pomógł :(



Baton pełnił dziś rolę psa-przewodnika. Przez jakieś dwie minuty było zabawnie, szedł pierwszy a trojaczki rządkiem za nim. Cieszę się, że miałam ze sobą aparat, komicznie to wyglądało.



Załoga zmęczyła się szybko, dwoje cięższych wróciło do wózka, lżejsza Tola na plecy mamy. Przy ostatnim wzgórzu (tym, którego pierwotnie się zlękłam) powalona ciężarem dzieci (przytyły sporo przez ten miesiąc w Polsce) prawie wymiękłam. Baton jednak co chwilę odwracał się, wracał do mnie i dodawał mi tchu. Dałam radę :)


Warto było się wspinać. Widoki przepiękne. Spokój, cisza, natura. I to wszystko dwa kilometry od miasta. Poczułam się wieeeelką szczęściarą stojąc tam i wpatrując z jednej strony w zaorane już jesienne pola, z drugiej w widok Krakowa w oddali (mocno dziś nieostry ze względu na mgłę). Teściowie wybudowali nam piękny dom w pięknym miejscu. Mieszka się tu wspaniale! Jeszcze raz dziękujemy. 

 

Kochane dzieci mam, kuchnię im dam

Dodano 4 października 2010, w Bez kategorii, przez popiatej


Co robi przykładna matka z pierwsza wypłatą w nowej pracy? Wiadomo – przepuszcza na dzieci.

Nowy prezencik jest dla nich, choć może jednak bardziej dla mnie… Kupiłam sobie święty spokój, jak by nie patrzeć. Nie żeby od razu luzik, plaża a dzieciarnia się bawi pięknie cały dzień, nie nie. Ale każdy kwadrans się liczy.

I wodę można tam lać (obieg zamknięty) i jest czajnik co brzęczy i toster, co plastikowe tosty pod sam sufit strzela. No bajer, naprawdę fajna rzecz.

Pytanie za sto punktów: które dziecko ma największą frajdę z nowej kuchni??








 

Kryzys-ik

Dodano 4 października 2010, w Bez kategorii, przez popiatej


Podręcznikowo: po szoku i zauroczeniu jestem obecnie na etapie drobnej depresji. Kolejna faza w cyklu zmian.

Po prostu nadeszło to, co nadejść musiało. Tęsknię i wspominam. Nie znam tu prawie nikogo, przyjaciół brak, wszystko trzeba zaczynać od nowa. A ja nawet nie wiem, czy mi się chce.  

Przeglądam stare zdjęcia rodzinne w albumie internetowym i tęsknię za
ludźmi, za starym domem, naszym
życiem tam, za bezpestkowym winogronem, ciepłem, piaskiem, plażą, za ulubionymi miejscami. Tęsknię, bardzo tęsknię też za…
samochodem.

Niedoceniany na codzień – bo po prostu jest, działa, jeździ
i umożliwia wiele – jego brak przez pięć tygodni daje mi się we znaki i nie poprawia ogólnie minorowego nastroju.

W domu-twierdzy na wzgórzu czuję się trochę jak księżnicza zamknięta w wieży. Czekam na siedemnastą jak na zbawienie, mąż wjeżdża rumakiem na podjazd przed domem i czuję, że znowu oddycham. Zamknięta z małymi dziećmi w domu, z mocno
ograniczoną swobodą przemieszczania, cztery koła jawią mi się jak jakiś cud. Planuję dokąd się wyrwę z dziećmi w
pierwszych dniach. W planie mam – uwaga, będzie ekscytująco – OBI (do wybrania jakiś tuzin lamp, żarówek, baterii, wierteł, gwoździ, haczyków, koszyczków na szpargały), Biedronkę (chcę sama zobaczyć czy mają tam ziemniaki większe cokolwiek od piłeczek ping-pongowych bo takiej wielkości sadzeniaki przywozi mi zawsze z zakupów mąż), jakiś sklep z ciepłymi kołdrami dla dzieci (?), rzeźnika oraz ogrodnika w pobliżu, u którego mam nadzieję dostać drewno kominkowe w przystępnej cenie. Prawda, że zaszaleję :)

Prawo jazdy odbieram z urzędu jutro. Yeah! 

Kontener z autem i masą rzeczy dopłynął dziś do Gdyni. Przed nami odprawa mienia i przewóz na południe oraz rozładunek. Potrwa to trochę jeszcze ale ja odliczam dni. Ostatni raz widzieliśmy autko ładowane do kontenera, wydaje się, dawno, dawno temu…


A ponieważ tęskno i wspomnieniowo się zrobiło, na ocieplenie nastrojów kilka zdjęć z wątku "Dzieci". Odwiedziliśmy smoka, w drodze powrotnej okazało się jednak, że Kuba jest rozczarowany, albowiem nie widzieliśmy… smoka. Taki smok to nie smok dla pięciolatka :(

Dzieci, jak widać, też jakieś nie tego i przestraszone. Taki etap mamy. I już.











 

  • RSS