Na polu i w domu

Dodano 30 września 2010, w Bez kategorii, przez popiatej


Dziś trochę zdjęć z pola i z domu na specjalne życzenie zza oceanu :) Te domowe głównie z kuchni bo oprócz głównej sypialni tylko ona jest umeblowana. 



Z tym polem to naturalnie żart.
Taka ze mnie Małopolanka jak z koziej…  Mieszkam tu zaledwie miesiąc,
cały czas wychodzimy więc na dwór, nie na pole. A jak pomieszkam tu lat
ze czterdzieści to se wtedy wyjdę na pole w Krakowie. Inną razą.

Na dworze u nas dziesiątki pajęczyn i pająków. Pająków-olbrzymów. Masa. Walczę z
nimi bo otulają szczelnie swoimi lepkimi sieciami tuje przy płocie i
roślinki zaczynają już żółknąć. Z oprysków pajęczaki nic sobie nie
robią. Prędzej my się wytrujemy niż one.





W domu natomiast zwierząt
nadal brak. Pies ma dojechać po dywanach. To znaczy wtedy jak będą już dywany i chodniki żeby drewno uchronić przed psimi pazurami. Taką przynajmniej mamy nadzieję. Że się uchroni.




A na koniec wspomnienie pięknego, słonecznego weekendu z dziadkami na Starym Mieście. Było super, dziękujemy za wszystko.

 

Wrażenia z wycieczki. A raczej – wrażeń brak.

Dodano 27 września 2010, w Bez kategorii, przez popiatej

Co do Kuby oraz Jego wrażeń z wycieczki, czy szerzej – z przedszkola, wiem tyle, co nic.

Kuba wylewny jest jak Jego tatuś. Na pytanie jak było w
przedszkolu niezmiennie pada odpowiedź, że fajnie, imienia żadnego kolegi jednak nie
pamięta, w co się bawił nie pamięta, co jadł na obiad nie pamięta, czy
spał nie pamięta, czy byli na dworze też nie i w ogóle "nie pytaj mnie mamo".

Z wycieczki wiem tyle, że rano jadł drożdżówkę z serem a po południu z mrówkami i z dżemem. Niby nic a ile się można domyślić.

Wieczorem po odczytaniu bajek, na moje ponawiane prośby o opowiedzenie, co Mu się najbardziej podobało na wycieczce, usłyszałam, że nie pamięta zbyt wiele.

- Właściwie to nie pamiętam NIC – stwierdził, gdy nie dawałam za wygraną.

Pomyślałam, że trochę Mu pomogę z tym monologiem, bo może chłopina po prostu nie ma daru do opowiadania.

- No to jechałeś autokarem, jechałeś, jechałeś, obok Ciebie siedział Krzyś, no i co dalej?


- I dalej…. [pauza] I dalej… [pauza] I dalej to…. dalej to byłem ciągle baaaardzo zmęczony.


Czyli wycieczka się udała. Chyba.

Tu Kuba w przedszkolnej szatni tuż przed wyjazdem. On uradowany, ja bliska zawału serca, cała w nerwach jak JA to zniosę. 



W piątek natomiast wyciągnęłam męża i Kubusia na wagary i wybraliśmy się wszyscy do…




Podpowiedź: patrz czterokopytne uchwycone na zdjęciu numer 1.

 

Babie lato, trwaj – okien ci u nas sporo

Dodano 21 września 2010, w Bez kategorii, przez popiatej

Przeprowadzka z Ameryki to było jednak małe piwo. Jutro… jutro o ósmej czeka mnie prawdziwe wyzwanie.

Mój Kubuś – moje malutkie, bezbronne, prawie pięcioletnie dzieciątko – jedzie jutro z grupą przedszkolną na wycieczkę do zamku w Nowym Wiśniczu. Sam, samiuteńki. Bez mamusi. Autokarem.

Nie wiem, jak ja to przeżyję.

A propos wycieczek, nasi weekendowi goście nie dojechali z powodu nagłej choroby, wybraliśmy się więc na wycieczkę do parku z dinozaurami niedaleko Krakowa. Było odjazdowo, oprócz gadów były tam mega-zjeżdżalnie, olbrzymi plac zabaw, piaskownica-wykopalisko, gry, pociągi, zawody, wyścigi samochodowe, pyszne jedzonko dla tatusiów. Oczy wychodziły nam z orbit na jakość obsługi, organizację i profesjonalizm tego miejsca. Kolejny plus dla Polski i Polaków. Cudze chwalicie…




A w domu na wzgórzu coraz częściej słychać ciszę.

Małe dzieci uczą się nowego domu. Powoli, powoli zaczynają się tu chyba czuć u siebie. Pomaga nam w tym piękna pogoda, spędzamy kilka godzin dziennie na podwórku – ja wyrywam chwasty, przycinam krzewy, dziewczyny wożą odpadki taczkami w kierunku znanym tylko sobie… Filip „zamiata”. Za chwilę wszyscy z wrzaskiem uciekają do mnie przed szczekaniem psów sąsiadów.




Popołudniami chodzimy w dół ulicy na osiedlowy plac zabaw. Jest prawie zawsze pusty, tylko raz spotkałam tam nianię z dzieckiem, raz bardzo miłego dziadka pewnej Jagódki, od którego od razu dostałam ochrzan za to, że w tak chłodny dzień (plus 19) dzieci z odkrytą głową na dwór wypuszczam. Amerykańskie chowanie, panie ;)



Raz wypuściłam się też w klapeczkach-japonkach po wiejskich dróżkach dokoła z wózeczkiem terenowym i Tolą w nosidle na plecach. Ale – po pierwsze kałuże, po drugie pagórki tu dosyć spore, i po dziesięciu minutach zawróciłam spotkawszy się ze wzniesieniem, na które nawet jednego bym nie wepchnęła. Także poszukiwania trasy spacerowej trwają nadal :)

Wczoraj kiedy dzieci zasnęły na poobiednią drzemkę, zamiast zająć się pracą i pilnym tłumaczeniem na rano, chwyciłam za ścierę i dawaj szorować okna. Bo nie potrafiłam się cieszyć widokiem nowych doniczek na tle uwalanych okien. A z tłumaczeniem i tak zdążyłam, od czego są nocki :)

Strona północna już gotowa, jednak jest tych okien sporo (Zmorko, miałaś rację). Dzisiaj zaraz zabieram się za zachód. Piękna polska tradycja, w Ameryce na naszym osiedlu przez lata nie widziałam kobiety/mężczyzny myjących okna. A czyste jakoś były. W miarę :)

 

Urządzamy się

Dodano 16 września 2010, w Bez kategorii, przez popiatej


Pierwsze meble przyjechały w sobotę. Mamy na czym spać i w czym wieszać ubrania. Cieszę się ogromnie bo dom zaczyna być coraz bardziej przytulny.

Kolej na meble do pokoi dziecięcych, potem kanapy, stół i krzesła w jadalni, dywany, lampy. Wybieranie i urządzanie jest dla mnie wielką frajdą, chciałabym jednak mieć więcej czasu na spokojne jeżdżenie po sklepach. Z czwórką dzieci i mężem… raczej niewykonalne. A sama jeździć jeszcze nie mogę :(

Odbywa się to przeważnie w wielkim pośpiechu, z dwójką lub trójką zmęczonych i upłakanych dzieci na rękach. Dzięki Bogu za internet i spokojne, późne wieczory tylko dla mnie! I taki na przykład Dywilan – jakie oni tam robią piękne dywany! 







Na parapetach okiennych też coraz bardziej domowo :)

 

 

Old Town

Dodano 13 września 2010, w Bez kategorii, przez popiatej

Miało być słonecznie i plus dwadzieścia. Było pochmurno i bliżej czternastu. Ale przynajmniej nie lało.

Odwiedziliśmy gołębie na rynku, pospacerowaliśmy po Plantach, udało się nam wypić kawę U Noworola we względnym spokoju. Turyści całą gębą – aparat, kamera, obwarzanki. Następnym razem będzie zwyczajniej, myślę :) 








Następne dwa zdjęcia są zrobione przez Kubusia. Prawda, że ma chłopak talent do kadrowania? Szczególnie w tym drugim fajnie uchwycił klimat.


 

Kalosze

Dodano 9 września 2010, w Bez kategorii, przez popiatej

Z zawartości dwunastu walizek jakie targaliśmy ze sobą samolotem, najważniejsze okazały się upchnięte w ostatniej chwili cztery pary dziecięcych kaloszy. Kałuże już nam nie takie straszne. I piaskownica za oknem kusi… 




Pogoda mocno kiepska, jeździmy więc na zakupy. Tu w krakowskiej, rozbudowywanej obecnie IKEI. Jeszcze w wózkach. Kilka minut później popełniliśmy błąd taktyczny wyjmując najpierw jedno, potem drugie i trzecie dziecko, czwarte pognało skakać po materacach i… to był koniec zakupów. Rozbiegły się po całym sklepie.

Po powrocie z zakupów dziewczyny nadal tryskały energią.




I tak mniej więcej mijają nam dni. Czekam jak na szpilkach na polskie prawo jazdy, bez tego czuję się bardzo niesamodzielna i jakaś taka niezaradna. Jeszcze trzy tygodnie…

Nowe czapki od babci okazały się hitem :)



Na koniec Kubuś przed wyjściem do nowego przedszkola w pierwszy dzień.
 

 

Z ziemi obcej do Polski

Dodano 8 września 2010, w Bez kategorii, przez popiatej


Pozdrawiamy z Krakowa. Polska zrobiła na nas
piorunujące wrażenie. Biorę poprawkę na to, że po zaledwie dziesięciu dniach w kraju nadal jesteśmy w fazie zauroczenia i pewnych rzeczy nie widzimy lub po prostu nie chcemy zauważać. Ale pierwsze wrażenia też są ważne. Bo patrzy się z innej perspektywy, być może bardziej docenia to, do czego przywykli już autochtoni. Taka jajeczniczka na kurkach chociażby :) Albo smak mięsa w mięsie na przykład :) 

A emigrantom planującym przeprowadzkę do kraju życzę aby ich powroty były tak łatwe jak nasz. Dzięki rodzicom męża. W jednej ręce klucze do domu, w drugiej do auta, wypchana lodówka, pościel, ręczniki, suszarka, sztućce, talerze, maselniczka, filiżanki, piaskownica. Gotowe! Po prostu przyjechaliśmy z lotniska i zaczęliśmy… mieszkać. Po drugiej stronie rzeki. Dziękujemy raz jeszcze.   

W tym tygodniu mąż poszedł już do pracy, Kuba do nowego przedszkola. Meble wybrane i zamówione, kontener z resztą rzeczy dopłynie za miesiąc, ja popijam kawkę (jak widać) i siedzę z dziećmi w domu.  



No, niedokładnie siedzę bo nie bardzo jest na czym. Zresztą z trojaczkami jest teraz dużo więcej pracy. Ciężko im się odnaleźć w nowym, pustym domu. Jest dużo płaczu, krzyku, zazdrości, wyciągniętych łapek i błagania o noszenie, więcej stresu dla nich i dla mnie. Ale o tym w nastęnym odcinku bo oto dwadzieścia minut minęło i wyspana panna Gabrysia obudziła się z drzemki. Koniec spania na dzisiaj :( Spanie też im się zmieniło, na gorsze niestety.

Warto było wracać. Dla przetworów babci, dla wędzonego węgorza i bezcennego widoku dzieci czytających bajki z babcią i dziadkiem. Tego ostatniego szczególnie. Dziękujemy.

Do pełni szczęścia brakuje nam już tylko Batona. Może jednak zdecyduje się do nas wrócić :)

 

  • RSS