Wycieczka do ogrodu botanicznego

Dodano 26 maja 2010, w Bez kategorii, przez popiatej


Pogoda dopisała. Nawet za bardzo. Nie tylko nam wpadł do głowy pomysł spędzenia niedzieli wśród pięknych roślin. Tłok był niemiłosierny, z nieba lał się trzydziestostopniowy żar a my w duchu dziękowaliśmy projektantom ogrodu za liczne fontanny, w których dzieci i my mogliśmy się ochłodzić |my z większą rezerwą|.

Zabawy było po pachy. Dla maluchów
też ale przede wszystkim dla Kuby. Na spotkanie z przyjacielem, z którym
rozumieją się w okamgnieniu czekał od tygodni. Zadrapane kolana,
przemoczone ubranie, brudne ręce i nogi szły u chłopców niejako w zestawie ale
to nic. Znaczy, że zabawa była przednia. W drodze powrotnej do domu
padli wszyscy jak jeden mąż, chrapali przez dwie godziny. Najgłośniej,
tradycyjnie, ojciec dzieci ;)



 

W komplecie :)

Dodano 24 maja 2010, w Bez kategorii, przez popiatej

 

Przemiana (lub raczej WYmiana – siostrzana)

Dodano 21 maja 2010, w Bez kategorii, przez popiatej

Możliwości są dwie: albo Karolina dostąpiła cudownej przemiany z nadwornego zawadiaki w grzecznego aniołka, albo wcześniej nie znałam swojej córki za grosz!

Nie tak dawno temu pisałam przecież, że Karolinka to uparciuch chadzający własnymi ścieżkami i za nic mający napomnienia rodziców. Na dziś całkiem świadomie mogę napisać, że Karolina jest najspokojniejszym i najgrzeczniejszym z czwórki moich dzieci.  Ot, co.

Przemiana musiała być dyskretna, nie wiem dokładnie kiedy nastąpiła i czy miała związek z tym, że zostałam z dziećmi w domu.

Role się
odwróciły – Karolina jest słodka, grzeczna i posłuszna, chodzi za mną jak cień i wydaje
się przeszczęśliwa, że jest ze mną w domu. A że w przyrodzie nic nie ginie, Gabryśka przejęła po siostrze rolę
rodzinnej awanturnicy. Oraz uparciucha. Też cudowna przemiana – tylko w złą stronę :)

Gabrysia jest teraz największym rozrabiaką w rodzinie. Bije po głowie inne dzieci, ciągnie za włosy, wyrywa zabawki, wywija się i wydziera niemiłosiernie przy przebieraniu/przewijaniu. Czekam, aż spośród jej loków zaczną przebijać małe różki – doprawdy czasami niewiele Jej brakuje do piekielnego zachowania.

A wracając do Karoliny to choć zdarzają się Jej gorsze momenty (jak histeria na temat wiaderka poniżej), nowe wcielenie Toli bardzo mi odpowiada. Widzę w Niej wielką mądrość – łapie w lot nowe rzeczy, lubi wyzwania, wie kiedy się wycofać i odpuścić, umie bawić się sama ale jest też "lepem" do zabaw grupowych. To dokoła Karoliny najczęściej zaczyna formować się kółko. Umie dogadać się z każdym, równie świetnie bawi się z Gabrysią co z Filipem czy z Kubą. W pozostałych konfiguracjach niestety nie wychodzi to już tak dobrze – Gabrysia z Filipem, na przykład, mają wielkie problemy z dogadaniem się i unikają zabawy we dwoje. Nawet nie lubią siedzieć obok siebie w wózku, rozdzielam ich ostatnio… Karoliną. Podobnie Kuba i Filip, stronią od siebie ostatnimi czasy. Karolinka jest jak klej, swoimi sposobami potrafi podbić serca innych i sprawić, że w domu (chwilowo) panuje cisza – dzieci wspólnie się bawią.

Nieprawdopodobne, jak bardzo się zmieniła.


No i cóż? Pozostaje mi liczyć na to, że metamorfoza Karoliny nie jest zaledwie przejściowa, za to jak najbardziej ulotna u Gabrysi… Wishful thinking, haha.  

 

Na szlaku

Dodano 20 maja 2010, w Bez kategorii, przez popiatej

Zdjęcie zrobione przez Kubę na dzisiejszej wycieczce. Jedno z kilkuset, jakie zrobil zanim zapełniła się karta pamięci w Canonie. Fotka prześwietlona ale patrząc na dzisiejsze zdjęcia wydaje mi się, że jak na czterolatka Młody ma dobre oko do detali i do kadrowania ;)

 

Weekendowo

Dodano 15 maja 2010, w Bez kategorii, przez popiatej

Nareszcie słońce! Po deszczowym tygodniu z radością witam takie dni.

Wstałam dziś przed świtem, szepnęłam zaspanemu mężowi, że wychodzę z domu i zjeździłam okoliczne arterie na rowerze. Dokoła pusto i cicho, w sobotni poranek ruch na drogach zdecydowanie mniejszy.

Wróciłam przed siódmą do śpiącego wciąż domu. Prysznic, śniadanie, pakowanie i po dziewiątej byliśmy już całą rodziną na szlaku. Ja niosłam Karolinę w nosidle na plecach i po trzech godzinach wcale mi nie ciążyła, jest taka lekka. Albo nosidło takie dobre.

Teraz maluchy drzemią, Kuba z tatą pojechali do biblioteki oddać | wypożyczyć książki i filmy a popołudniu wybywamy na imprezę urodzinową do przyjaciół. Uwielbiam takie aktywne, rodzinne weekendy!

I znów mogę wygonić dzieci na balkon jak tylko zaczynają się nudzić w mieszkaniu – czyli dość prędko :)



A tak w ogóle jesteśmy z B. we wspaniałych humorach. Od wczoraj mamy Krakowski Plan Awaryjny. Dwie tony stresu spadło z naszych ramion, szczególnie tych mężowskich. Rację ma Kubuś podśpiewując często do muzyki Waweli, że "zawsze możesz na Gienia liczyć". Dziękujemy :) 

Kupiliśmy dzisiaj bilety lotnicze. Six one-way tickets…
Kolejny krok milowy już za nami.

 

Tempus fugit

Dodano 11 maja 2010, w Bez kategorii, przez popiatej

Porządkując dziś albumy w Picasie utknęłam na dłużej przy zdjęciach małego Kuby sprzed kilku lat. Zaledwie kilku a jaka różnica! Gdzie się podział ten chłopczyk z niepełnym uzębieniem?

Myślę, że za jakiś czas różnicy tych kilku lat nawet nie zauważę na zdjęciach, teraz jednak wydaje mi się, że upłynęły wieki od momentu kiedy Kuba miał półtora roku.

Czerwiec 2007 – jedno z moich ulubionych zdjęć Kuby zrobiłam w bibliotece znienacka gdy bawiliśmy się
(wcale nie cicho, niestety) w a-ku-ku i rozchichotany Mały wychynął zza węgła. To drugie w basenie przy domu w pochmurny, choć ciepły dzień. Pamiętam dokładnie, ćwiczyliśmy wtedy wymowę nazw zwierząt, m.in. słowa "żółw", które w wersji Kubusiowej brzmiało mniej więcej jak "bziuu". I bardzo mnie śmieszyło, jak przystało na rozkochaną matkę jedynaka :)

Dopiero niedawno zrozumiałam tak do końca sens powiedzenia, że dzieci szybko rosną. Jesienią natknęłam się przypadkowo na zdjęcie Adasia, syna naszych przyjaciół. Zdjęcie było z 2006-go roku, a więc nie tak odległe, a Adaś wyglądał na nim jak mały chłopczyk. Dziś Adam-gimnazjalista ma już dziewczynę (chyba, że się coś zmieniło od wczoraj), prawie przerósł już mamę, stopę ma większą niż mój mąż. Ten chłopiec ze zdjęcia, ten słodki mały Adasiek za chwilę pójdzie na studia, weźmie pierwszy kredyt i dorobi się własnych dzieci (no dobra, M., już schodzę z Twoich dzieci, nie straszę).   

Było to dla mnie przeżyciem niemal empirycznym bo pamiętam dokładnie gdzie i kiedy to zdjęcie zostało zrobione i wydaje mi się, że to tak niedawno. Po dzieciach widać jednak, że dawno.

A dzisiaj patrzę na wysokiego Kubę, jak maluje, gotuje, tworzy, pływa, słucham tego, co mówi i ten "bziuu" sprzed trzech lat wydaje mi się taki odległy. Taki melancholijnie odległy. Cieszę się Kubusiem czteroipółletnim i tęsknię do Kubusia półtoraroczniaka. Czas płynie, dzieci rosną. Banał.



I głowę daję, że nasi rodzice tak samo kombinują, jakim cudem ich dzieci tak szybko się zestarzały i posiwiały :(

Patrząc na dawne zdjęcia zatęskniłam też do kempingowania. Nie mogę się już doczekać pierwszej prawdziwej wyprawy z trojaczkami pod namiot. Ta z zeszłego roku nie wypaliła do końca… Wypad pod namiot to nasza ulubiona forma spędzania urlopu. Ognisko, karimaty, śpiwory, komary, jezioro, rowery, szlaki, las. Uwielbiam!

I liczę na to, że Filip, Tola i Gabi polubią kempingowanie równie mocno jak Ich Doświadczony Starszy Brat.



Być może już w czerwcu uda się nam wyskoczyć na kilka dni w ulubione miejsce. Czekam na dostawę zamówionego wózka terenowego i nosidełka dla dzieci – z dwoma w nowym wozie, trzecim na plecach a czwartym o własnych siłach co łatwiejsze szlaki już nam nie straszne. Mam nadzieję :)

 

We wtorki o czternastej

Dodano 6 maja 2010, w Bez kategorii, przez popiatej

Zeszły wtorek, czternasta z minutami, piaskownica, plac zabaw. Słońce, spokój, cisza. Zestaw łopatek, kilka wiaderek, dwie ciężarówki do ładowania piasku. Aparat, dzieci i ja.

Pół roku temu o czternastej we wtorki ciagnęłam za sobą nogami na cotygodniowe zebrania wydziałowe. Dwugodzinne. Nudne. Jasne – czegoś nowego zawsze się na nich dowiedziałam, nie przeczę. Lecz o wiele lepiej czuję się teraz, ucząc się nowych rzeczy o życiu i dzieciach we wtorki o czternastej. Jest mi po prostu dobrze.


Czy żałuję, że nie rzuciłam pracy wcześniej? Ani troszeczkę. Po pierwsze, osiągnęłam tam dużo, po drugie mam dzięki pracy odniesienie i jestem w tej komfortowej sytuacji, że wiem z doświadczenia jak to jest pracować zawodowo z małym dzieckiem na dwóch etatach plus dom. A potem z czwórką małych dzieci już tylko na jednym, od ósmej do siedemnastej. Plus dom, naturalnie.



Teraz wiem także, jak to jest nie pracować zawodowo i być w domu z dziećmi. I wierzcie mi, dziewczyny, to są wakacje! Pracy i stresu jest dużo, ale jest tego, jak by nie patrzeć, o jeden etat mniej… Ten zawodowy.

Wiem, że to temat-rzeka i ile matek, tyle punktów widzenia na temat siedzenia w domu. I że nie dla każdej mamy bycie w domu jest dobrym rozwiązaniem. Mam wątpliwości, czy dla mnie trzy albo cztery lata temu byłoby… nie byłam gotowa. Z wielu powodów, między innymi z takiego, że się… bałam. Same szerzymy mit matek-frustratek o tym, jakie to poświęcenie i ciężka praca siedzieć w domu z dziećmi/ckiem. Bo rutyna, niedocenienie, nuda, nerwy, wieczne zmęczenie… Taaaa, a w pracy zawodowej nuda, rutyna, zmęczenie, stres i niedocenienie to przecież niespotykane rzeczy. Jasne ;)

Odważę się na własny użytek postawić tezę, że aby docenić siedzenie w domu, trzeba przez długi czas w nim nie siedzieć. Choć to oczywiście tylko moje subiektywne zdanie.



I niezmiernie się cieszę, że zdążyłam z tą decyzją. Że nie przegapiłam tych kapelusików na prawie półtorarocznych główkach i najróżniejszych „skarbów” wynajdywanych wszędzie przez czterolatka. A także, że nie przegapiłam siebie samej. Innej, wyciszonej, spełnionej w roli Po Prostu- i Aż-Mamy.

Polecam!

 

Chłopiec Młodszy

Dodano 4 maja 2010, w Bez kategorii, przez popiatej

Ostatnio w blogu było o Jakubie, Gabrysi, Toli i Batonie, czas na zdjęcia Filipa. Bo co jak co, ale każdemu po równo przerabiam codziennie do znudzenia…




 

  • RSS