Rzut beretem – pod górkę

Dodano 29 marca 2010, w Bez kategorii, przez popiatej


Nowe mieszkanie ma tę zaletę, że do placu zabaw mamy stąd rzut beretem.

Rzut beretem wymaga jednak kondycji konia. Pcham sobie teraz codziennie 68 kilo ciała dziecięcego dzielonego nierówno na cztery, dodać odzienie, obuwie, dobrych kilka kilogramów stali połączonej z gumą, jakieś cztery kilo jedzenia, dwa litry picia. Pcham pod, jakby nie patrzeć, sporą górkę i cieszę michę z życia. Na szczęście w drugą stronę jest z.

Zakupiłam odpowiedni łącznik wózkowy, spięłam wóz trojaczkowy z czwartą spacerówką Kuby i pcham sobie teraz ulicą szeroki na dwa metry zespół wózków. Mijający nas ludzie mają prawo stukać się w głowę, ale co mi tam, spacerować lubię, schudnąć muszę, więc nie ma tego złego.

A jak już dopcham cały ten majdan to uciechy jest tyle, że mogłabym, myślę, całe przedszkole pod górkę wepchnąć.   



I jeszcze kilka luźnych fotek z ostatnich tygodni.


Filip jest zachwycony wykładziną w nowym mieszkaniu. Ja mniej – mam wrażenie, że dywanik ów niejedno już widział. I niejedno wchłonął…


Karolina nie pozwala mi już na wpinanie ozdób we włosy. Jedyne, czego nie potrafi zdjąć to mocno ściśnięte gumką kucyki. Choć mam wrażenie, że i te niedługo rozpracuje. 



Seans filmowy.

Krowa w roli głównej.


Gabrysia tradycyjnie w dobrym nastroju. 


Ospa wietrzna Jakubowa jeszcze w okresie wylęgu. 

 

To nie piegi

Dodano 24 marca 2010, w Bez kategorii, przez popiatej




Z zaskoczeniem
obserwuję coraz to nowe czerwone krosty na ciele Jakubowym. Z zaskoczeniem tym
większym, że został przeciwko ospie zaszczepiony.

Nieskutecznie, jak widać.

 

Na nowym

Dodano 18 marca 2010, w Bez kategorii, przez popiatej


Żeby już było zupełnie śmiesznie, za pięć miesięcy cały ten kocioł będziemy przechodzić od nowa. Z tą różnicą, że zamiast kilometrów dwudziestu, graty przebędą ich kilka tysięcy. I dużo wolniej.

Na dziś, zawalona pudłami w nowym mieszkaniu, mam wielką ochotę większość dobytku po prostu spalić. Bo na choinę Mu garnitur ze studniówki, się pytam?

Lub dwieście piętnaście zwojów kabli dowszystkiego?

Dzień drugi w roli samotnej matki gromadki upłynął spokojnie. Nikt nie utonął, nikogo nie zgubiłam na placu zabaw, a o dwudziestej siedzę ja sobie i czytam. I sączę martini [bez lodu, bo wielu rzeczy nadal tu brak]. Potomkowie i potomki śpią, nie jest źle. Okej, trochę nam wiosna pomogła, przyznaję. Kiszenie zimowe za nami, jesteśmy głównie na dworze.

Z ostatniej chwili – pies już w Beskidach, doleciał do PL w formie bagażu. Znalazło się wolne miejsce w przedszkolu dla Kuby w Krakowie i powoli dociera do mnie, że to naprawdę się dzieje. Po blisko dwudziestu latach B., ja po dekadzie z górką, wyemigrujemy do ojczyzny. Co by nie mówić – innej od tej jaką znamy.

I czy będzie bardzo niefajnie, jak przyznam, że w duchu bardzo liczę na to, że reforma szkolnictwa pójdzie do kosza i że mój syn nie będzie musiał w przyszłym roku iść do pierwszej klasy??? O trojaczkach-wcześniakach z końca grudnia nawet nie chcę myśleć, poszłyby do szkoły mając praktycznie lat pięć! Nie zgadzam się, protestuję!

Ale jak się komu nie podoba, niech siedzi gdzie jest, co?

 
 



Znowu mnie zaskoczył.
Na hasło przeprowadzamy się, przytargał
na piętro trzy kartony, wybebeszył zawartość szafy i spakował swój pokój
w godzinę. Potem przeniósł się na dół, powrzucał byle jak, byle gdzie wszystkie
książki, zabawki, zakleił, usiadł na pudłach i czeka.

Także jakby co, nasz Kuba-podóżnik
gotów już do drogi. Tak mniej więcej od dwóch tygodni.

Łaskawie
wydostaje po jednej zabawce i pozwala rodzeństwu i sobie na skromną zabawę. Książki
też wydziela, mają być spakowane i już.

Operacja pakowanie
trwa. Przy pudle numer 100, myślę, złapię oddech.


Prócz hurto-pudłowania, mamy też trochę zajęć z szukaniem nowego lokum, planowaniem
podróży dla psa i załatwianiem trzech tysięcy świstków, jakich Unia wymaga przed
wpuszczeniem do siebie zapchlonego wilczura ze zgniłego zachodu. Mąż leci z psem [pies z mężem?]. Dzień
po przeprowadzce. Szczęśliwie od męża nie żąda się badań pod kątem wścieklizny
tudzież innych schorzeń.

A na miejscu w Krakowie trwają prace nad planami wykończenia
nowego domu. Projektuje zdolna pani Ewa, architekt wnętrz, my tylko podsyłamy
pomysły. I tu znów wykazał się Młody. Kilka dni temu po odczytaniu jednej bajki
na dobranoc (tylko jedną udało mi się wycyganić od Niego z zapakowanego pudła),
opowiadałam Mu o nowym domu, o tym jak pani Ewa planuje jak będzie wyglądała
kuchnia, łazienki.

Kiedy doszliśmy w planach do Jego pokoju, okazało się, że
tam pani architekt nie będzie miała wiele do zrobienia. Albowiem plan już jest.
A nawet cały projekt! Mały rozrysował mi na kartce jakie i gdzie mają być
półki [czerwone], szafki [czerwone], dywan [czerwony], łóżko [czerwone]. A
ściany to Kubuś chciałby mieć koloru czerwonego. A na pytanie czy może coś na
tych ścianach, jakiś wzorek czy coś, usłyszałam, że owszem, ściany Jego
pokoju będą wyklejone… muchami.

Nie wiem tylko czy czerwonymi.

I zapomniałam jeszcze uzgodnić, o jakie muchy tu chodzi. Bo jeśli o
takie w stanie nieuporządkowanym, żeby nie powiedzieć – rochlastanym, to
wzorek da się zrobić dość łatwo.

 

  • RSS