Pomyślności

Dodano 25 grudnia 2009, w Bez kategorii, przez popiatej


Radosnych Świąt i spełnienia garstki marzeń w Nowym Roku.

Merry Christmas 2009

 
 

Karolina poszła na całość

Dodano 22 grudnia 2009, w Bez kategorii, przez popiatej






Gabrysia

A Filip swoją po prostu zjadł :) 

 

Sto Lat

Dodano 19 grudnia 2009, w Bez kategorii, przez popiatej

Sto Lat


Życia wypełnionego poczuciem sensu istnienia,
ciepła, radości, spełnienia, zdrowia i jak najmniej smuteczków. Wszystkiego
dobrego w pierwszą rocznicę urodzin życzą Ci, Gabrysiu, kochający Rodzice. 

Karolinko, w pierwszą rocznicę urodzin życzymy Ci nieskończonej ilości powodów
do uśmiechu, spokoju, szczęścia, miłości, zdrowia i samych pomyślności.
Kochający Mama i Tata.

Radości, szczęścia, zdrowia, dobrych ludzi dokoła, przepysznych smakołyków i
spełnienia marzeń. W pierwszą rocznicę urodzin życzymy Ci, Filipku, wszystkiego
dobrego. Kochający Rodzice.

 

Śnieżyca roku [2008]

Dodano 11 grudnia 2009, w Bez kategorii, przez popiatej

Trojaczki w drodze
                                    Zdj. Mama [Wrzesień 2008]

W ubiegłym roku we wczesnych dniach grudnia właściciele trampek gościli nadal po drugiej stronie wielkiego brzucha. Właścicielka wielkiego brzucha i lokatorów w nim pływających odkreślała nerwowo dni w kalendarzu. Każdy kolejny dawał nadzieję, że pływak i dwie pływaczki wyjdą na suchy ląd duzi, zdrowi i silni.

Do pracy przestałam chodzić po 20-stym tygodniu. Pozostałe spędziłam w domu polegując to tu, to tam, oszczędzając się, mierząc dwa razy na dzień poziom skurczów, monitorując ciśnienie, łykając szejki proteinowe w ilościach hurtowych oraz tabletki z wapnem. To był niespokojny czas, bardzo obawiałam się o dzieci i bolałam nad niemożnością pełnego towarzyszenia Kubie w jego codziennym, pełnym energii życiu trzylatka. Ale był to też jeden z najprzyjemniejszych okresów w moim życiu – spałam, odpoczywałam, czytałam, łyknęłam jakieś czterdzieści książek w dwa miesiące. Takiego maratonu nie miałam od czasów literatury światowej na trzecim roku polonistyki. Znowu poczułam się jak pensjonarka na stancji u ś.p. Dziadka W. Pensjonarka w zaawansowanej ciąży podwyższonego ryzyka, niemniej jednak. Dla równowagi dodam, że od porodu trojaczków dałam radę przeczytać jedną [tak, jedną!] książkę. Szwaję. Nic innego nie jestem w stanie przepuścić przez przemęczone zwoje.

Po 32. tygodniu zaczęłam puchnąć, po 33. nie byłam już w stanie odwozić Kuby do przedszkola, moje możliwości przemieszczania się zostały ograniczone do łóżko-łazienka-kuchnia. W 34. tygodniu organizm się zbuntował. Zaczęła nawalać mi prawa nerka, puchłam coraz bardziej, traciłam czucie w rękach. Pojawił się wczesny stan przedrzucawkowy i po kolejnym USG i badaniu szyjki pani doktor postanowiła nie puszczać mnie do domu. Było czwartkowe popołudnie osiemnastego grudnia, na piątek zapowiadali pioruńską śnieżycę i zaspy. Mąż wrócił do domu, odebrał jedynaka z przedszkola. Zostałam w szpitalu z zapasową parą skarpetek, bielizny, pastą, szczoteczką do zębów i dwiema książkami w torebce. Na wszelki wypadek woziłam to wszystko ze sobą od 24-go tygodnia.

Za oknem śnieżyło jak diabli. Nie mogłam spać ani czytać. W nocy stan ciała dodatkowo się pogorszył. Czy to z nerwów, a może miało tak być?

Kurcze, boli! Dziecko A z parteru napiera z maksymalną mocą, dodatkowo wspierane przez siostry B i C tymczasowo zameldowane o piętro wyżej. Zaczyna się wczesna akcja porodowa. Lekarka nad ranem podejmuje decyzję na ciąć. Prawa nerka wysiada całkiem, pojawia się też dodatkowy problem, niska krzepliwość krwi. Taka z rodzaju krytycznie niskich… Anestezjolog odradza zastrzyk epidural. Nie chce narażać mnie na ryzyko poważnego krwotoku do kręgosłupa w przypadku kłopotów z nakłuciem. Będą mnie uspypiać. Ponoć mniejsze ryzyko.

Jest siódma rano w piątek dziewiętnastego grudnia. Dzwonię do męża. Miasto stoi. Szkoły, urzędy i zakłady pracy pozostaną dziś zamknięte, za oknem sypie jak z rozprutego worka z pierzem. Drogi jeszcze nieodgarnięte, przed szpitalem białego puchu na pół metra. B. przez godzinę odkopuje podjazd, żeby wyjechać autem. Po kolejnych trzech i ślimaczej jeździe po zasypanych drogach miasta jest u mnie na miejscu. Jak to dobrze, że lekarka zdecydowała się mnie zatrzymać w szpitalu wczoraj wieczorem, konstatuję z ulgą. Czy zdążylibyśmy na czas w tę śnieżycę z dziećmi gotowymi do wylotu? Trojaczkowy poród naturalny w warunkach polowych prawdopodobnie zakończyłby się tragicznie dla większości z nas. Wolę nie myśleć o tym, co by było gdyby.

Lekarka wykazała się rozsądkiem. Ciąża trojacza w 34. tygodniu była zaawansowaną, po terminie. Donoszona to 32 tygodnie, częściej trojaczki rodzą się w okolicach 30-stego tygodnia po nierzadko wielo-dniowym/tygodniowym pobycie noszącej w szpitalu. Ja miałam szczęście odpoczywać przez ostatnie tygodnie w domu.

Do wczoraj.

Sala operacyjna – wtaczają mnie-olbrzymkę na wąziutki stół operacyjny, boję się, że zaraz spadnę. Okropnie niewygodnie jest leżeć na plecach z tą ogrooomną paczką z przodu. Wszystko mnie boli. W sali operacyjnej jest lodowato, trzęsie mną z zimna i z nerwów. Jest 5-ciu lekarzy – dwóch do krojenia mnie i po jednym dla każdego dziecka po wyjęciu, 8 pielęgniarek – jak wyżej do mnie i po dwie do każego dziecka, anestezjolog, jakieś asystentki z oddziału intensywnej opieki dla wcześniaków, dokąd dzieci trafią zaraz po porodzie, trzy inkubatory stoją gotowe, jest masa ludzi i sprzętu. Mąż na korytarzu, rodzina wstępu na operację nie ma. Ostatnią rzeczą, którą pamiętam jest błysk lamp i stwierdzenie anestezjologa, że ma problemy z zaintubowaniem, zbyt wąski mam przełyk, krzywy czy coś. Potem pyta ile ostatnio ważyłam, przechodzi mi przez myśl, że to jakiś partacz, powinien to wiedzieć przed operacją! Nie odpowiadam, już śpię. Dalej nie pamiętam nic.

Rodzą się ze mnie dzieci. O 11:32 wyciągają Filipa, o 11:33 Gabrysię, o 11:34 Karolinę.

Budzę się kilka godzin później w swoim pokoju szpitalnym, czuję przeszywający ból pomimo wpompowywanej we mnie morfiny. Skąd ten ból? Ze zwykłego nacięcia? Mam maskę tlenową na buzi, kilka kabli łączy mnie ze skomplikowanie wyglądającą aparaturą, cztery różne worki na haku kroplówki. Obok siedzi mąż, zatroskany, najlepszy opiekun. Nie kontaktuję jeszcze, ktoś pyta jak się czuję, a tak, to ten niedoinformowany anestezjolog. Zasypiam, nie mam siły otworzyć ust. O dzieciach nawet nie myślę, jestem jak w malignie.

Pod wieczór przebudzam się znowu, jest lekarz neonatolog, sympatyczny Anglik. Gratuluje mi zdrowych, silnych i dużych (relatywnie) dzieciaków. Wszystkie same oddychają, nie trzeba ich intubować, serduszka ładnie pracują, parametry są dobre, maluchy zdrowe i głodne. Śpią sobie w inkubatorach. Już osobno :)

Znowu zasypiam.

Budzi mnie lekarka. Sprawdza co ze mną i jak nacięcie. Mąż włącza video, które zdążył nakręcić w międzyczasie w NICU (Neonatal Intensive Care Unit czyli Oddział Neonatologiczny Intensywnej Terapii Noworodka). Widzę Filipa, Gabrysię i Karolnię po raz pierwszy w życiu, są dwa piętra nade mną ale nie mogę ich zobaczyć, muszą mnie najpierw naprawić i uporać się ze złymi wynikami ogólnymi. Czuję, jak łzy sływają mi po policzkach, maleństwa są takie słodkie, na kasecie wydają się duże, nie mam odniesienia, dopiero później przekonam się, jak maleńkie i kruche były w rzeczywistości. Znów ból, morfina. Powieki same się zamykają, nie dam rady ich utrzymać. Zapadam w narkotyczny sen. Mąż musi wracać do domu odebrać Kubusia od rodziny M. (wielkie dzięki za przechowanie Małego w ten ważny, śnieżny dzień).

O drugiej w nocy budzę się wreszcie przytomna. Chcę zobaczyć moje dzieci! Teraz!!! Każą mi czekać do rana. Dzwonię do rodziców do Polski, już wszystko wiedzą od B. ale cieszą się, że mogą ze mną porozmawiać. Martwią się o maleństwa i o mnie.

Rano przyjeżdza mąż. Z pomocą pielęgniarki udaje się mu załadować mnie na wózek i dopchać do NICU. Mijamy pierwszy pokój dla maleństw tak maleńkich, że walczą o przeżycie. W drugim pokoju są dwa inkubatory z dwufuntowymi bliźniakami. W trzecim nasze i jeszcze jeden, też ‚większy’ wcześniak.

Moje kochane bąble! Są! Całe i zdrowe, silne, nic im nie grozi. Mogę je potrzymać, ucałować i delikatnie utulić każde po kolei. Karolinka jest najmniejsza, waży niecałe 4 funty, jest taka drobna, chudziutka, śliczna. Otwiera wielkie, sarnie oczy, patrzy na mnie przez chwilę, dotykam jej drobych paluszków, pozawalają mi ją nakarmić. Pięciofuntowa Gabrysia jest taka podobna do mnie, śpi słodko wtulona w ramiona, zerka na mnie śmiesznie jednym, na wpół otwartym okiem, jakby nie była pewna, czy już na pewno zaczyna się dla niej świat, czy może jeszcze przeczekać w tym ciepłym, przyjemnym inkubatorze. Filip jest największy. I jakiś taki masywny. Ma 5 funtów i pół, czuć różnicę przy trzymaniu go na rękach. Śmiejemy się z B. bo wygląda toćka w toćkę jak nasz sąsiad, dziadek z naprzeciwka. Ta sama marsowa mina, te same zmarszczki, zakola na głowie ;) Karmię go także, z butelki, maluchy nie mają problemów ze ssaniem. To dobry znak, mówi lekarz, Filip i Gabrysia po kilku dniach wyjdą do domu. Karolina musi nadrobić wagowo. Dzieci poniżej 4 funtów nie są wypuszczane do domu. Taki prikaz.

W niedzielę z tatą przyjeżdża Kubuś, ojej jak on się cieszy, że mnie widzi. A jak ja się cieszę! Nie widziałam mojego kochanego synka prawie trzy dni. Odwiedzają nas znajomi, przyjaciele, współpracownicy. Gratulują i cieszą się razem z nami ze szczęśliwego rozwiązania. Dzieci nie wolno odwiedzać, lekarze nie chcą dodatkowych zarazków wokół maluchów.

Gabi i Filip dostają żółtaczkę fizjologiczną dzień później i lekarz prowadzący postanawia zatrzymać ich pod specjalną lampą dopóki poziom bilirubiny się nie obniży. Dostaję wypis, wracam do domu w przeddzień Świąt. W pierwsze Święto odbieramy Gabrysię i Filipa, dzień po Nowym Roku Karolinę. Przylatuje babcia. Karmimy, trzaskamy zdjęcia, zmagamy się z mieszanymi emocjami ex-jedynaka obdarzonego nagle taką konkurencją. Na dworze śnieży do kwietnia.

Tegoroczne Święta będą pierwszymi wspólnymi. Całą rodziną zasiądziemy przy bożonarodzeniowym stole. Kto by pomyślał, że minął już prawie rok od tamtej śnieżycy.

 

Tłumaczyłam mu…

Dodano 10 grudnia 2009, w Bez kategorii, przez popiatej




…że nie powtarza się co rok tych samych prezentów. Bezskutecznie:

Idą święta, idą święta. Dostanę prezenty, klocki, auto, dwie siostry i braciszka!

 

Niewdzięczny syn

Dodano 8 grudnia 2009, w Bez kategorii, przez popiatej

Tata mnie pokrzyczał… Tatuś jest niedobry! Musimy go wyrzucić do śmieci!

 

Czas ponurych myśli

Dodano 2 grudnia 2009, w Bez kategorii, przez popiatej


Zimno, która po mistrzowsku i przy użyciu minimalnej ilości [wyszukanych] słów potrafi nazwać i opisać rzeczywistość w sposób daleki od nachalnej i niepotrzebnej dosłowności, ujęła problem zgrabnie w jednym, kipiącym znaczeniem, prostym zdaniu: 
  

(…) bo elementarna trudność bujnego macierzyństwa, to jak wygospodarować czas dla każdego delikwenta, czas pod każdym względem absolutnie osobny.

Tak jak Zimno nie będę pisać nigdy. Nie ta wrażliwość, nie ta spostrzegawczość i nade wszystko nie ten talent i erudycja. Ale tak się składa, że ja też o tym samym. Bo nawarstwiły się u mnie podobne problemy bujnego macierzyństwa. Będzie tu bardziej rozwlekle, nudnawo i niestety dosłownie, ale inaczej nie umiem.

Wcale nie jest łatwiej, jak prognozowali niektórzy. Jest coraz ciężej. Z każdym tygodniem trojaczki są bardziej absorbujące. A my bardziej rozżaleni.

Jedenastomiesięczne dzieciaki są rozkoszne i kochane, tęsknię jednak do czasów, kiedy maluchy miały trzy miesiące, leżały spokojnie, spały przez większość doby, jadły, załatwiały się w majty, uśmiechały i tak mijały nam dnie. To były (w)czasy! Nikt mi nie wierzył, że jak się człowiek zorganizuje to nie ma dużo roboty przy trojaczkach.

Za to teraz ma.  

Jestem wykończona fizycznie. Na koniec dnia dosłownie padam na pysk. Nie mam siły na nic. Psychicznie też nie najlepiej – stres związany z sytuacją przejściową i niepewnością tego, co nas czeka w Krakowie wpływa na nas bardziej, niż byśmy tego chcieli.

Dociera do mnie, że choćbym nie wiem jak bardzo się starała, nie jestem w stanie zaspokoić potrzeb wszystkich dzieci w tym samym czasie i na podobnym poziomie. I czuję się z tym źle. Bardzo. Nie wiem dlaczego ale nieświadomie odbieram to w kategoriach porażki. Przejawem stanu mojego ducha (i ciała) jest ilość pustych pojemników po lodach z domieszką karmelu. Wpadłam w dół.  

Nie mogę dać trójce małych dzieci tego, co mogłam jednemu. Takie tam sprawy jak zmiana pieluchy u niemowlaka czy podanie butelki, i że to wszystko razy trzy, to był pryszcz, zwykła matematyka. Takie rzeczy da się zrobić. Ale zapewnienie każdemu z trójki dzieci bezpieczeństwa, ofiarowanie czasu, ramion do podparcia, kolan do wspólnego poczytania, utulenia, okazania i nauczenia czułości, czasu absolutnie osobnego, to już inna bajka. Tego właśnie nie da się zrobić. Przynajmniej ja nie umiem. Niedobrze mi się robi, gdy słyszę samą siebie powtarzającą do znudzenia zaczekaj, nie teraz, zaraz, później, poczekaj, może tata ci pomoże, nie dam rady, no trudno, może jutro…. To nie chcę być ja. Nie to miały słyszeć moje dzieci.  

Jak widać nie mnie jedną to męczy, Zimno też. Choć marna to pociecha dla naszych dzieci.

Weźmy taki kontakt wzrokowy. Karolina, Gabrysia i Filip wpatrują się we mnie tym dziecięco-naiwnym, łakliwym, kochanym wzrokiem. Każde indywidualnie. Aż się prosi o odwzajemnienie, uśmiech, atencję. A ja tymczasem nie wiem jak zrobić, żeby patrzeć w sześć oczu jednocześnie. Też coś, ktoś powie, ale sobie problem znalazła, niech popatrzy na każdego po kolei i już. Zapraszam do siebie, proponuję spróbować. Ten smutek i rozczarowanie, które pojawiają się w oczach dziecka, od którego odwracam wzrok, aby moć skupić się na następnym są naprawdę ciężkie do strawienia.

Nie da się patrzeć w oczy trojaczkom.

To patrzenie po kolei, robienie z nimi wszystkiego po kolei jest dołujące. Tak, fizycznie też, bo każdą czynność trzeba wykonać trzy razy. Ale przede wszystkim psychicznie, bo komuś zawsze trzeba odmówić, czyjeś wyciagnięte łapki zignorować, powiedzieć komuś nie teraz, później. To mnie tak gryzie: że jakaś buzia zawsze będzie smutniejsza, któreś dziecko pozostawione w kącie samemu sobie. Bardzo ciężko jest mi się z tym pogodzić.

Nie lubię widoku smutnych buzi swoich dzieci.

Huśtawka w ogrodzie. Jedno dziecko wyhuśtane, uchachane, drugie jeszcze dałam radę, na trzecie nie starczyło czasu – dwa pierwsze zawyły z głodu. Śmieszki, łaskotki i wygibasy – zdążyłam tylko z jednym – pora wyjeżdzać do pracy.

Maluchy uczą się raczkowania, podciągają się. Są wszystkie tak bardzo zależne od nas, potrzebują pomocy i podtrzymania. Zdarza się, że nie zdążę kogoś złapać w porę i mamy przykre lądowania, siniaki, płacz. Okropnie się wtedy czuję.

Tola drepta za mną na czworakach po kuchni, czepia się nogawki spodni. Odkładam chochlę, siadam na podłodze, Tola wspina się na moje kolana, za chwilę jest już Filip, łapie mnie i szarpie za rękaw, chce się do mnie wdrapać. Spoglądam na Gabrysię, która jeszcze się nie przemieszcza, siedzi biedna w kącie przedpokoju ze smutną minką. Tak chciałabym do niej podejść, przytulić, zabawić. A co zrobić z tymi dwoma? Filip rozpycha się, muszę odłożyć Tolę bo ciągnie ją za włosy. Odłożona Karolina zaczyna rozpaczliwie płakać, taki ma sposób na wymuszanie pierwszeństwa. Mam rozdarte serce.  

Jak mam się cieszyć tym jednym, które akurat mam na rękach, gdy dwa pozostałe płaczą?

No tak, a przecież jest jeszcze Kuba. Prosi żeby pomoć mu złożyć samolot z Lego. Pomaga Mu tata. Na szczęście. Ale nie zawsze dwoje z nas może bawić się z dziećmi. Któreś z nas musi zająć się obiadem, praniem, sprzątaniem, mlekiem, zmywaniem, rzeczami dokoła dzieci.  

Taki nam nastał [tymczasowy] czas złych emocji i ponurych myśli. Przejściowy to stan, wiem, doświadczyłam podobnych. Niedługo znów wyjdzie dla nas słońce. Być może coś zmienimy, inaczej urządzimy, jeśli nadal nie będzie działać. Niedługo się okaże. Mam pewien pomysł…  

 

Świętowaliśmy

Dodano 1 grudnia 2009, w Bez kategorii, przez popiatej
 

  • RSS