Filip

Dodano 30 listopada 2009, w Bez kategorii, przez popiatej

Pokroję go kiedyś na kawałki i zjem. Nie mogę się nacieszyć tym chłopcem! Wszystko dla niego jest powodem do uśmiechu. Wszystko co znane. Mama wałkująca ciasto. Brat myjący zęby. Tata przy obiedzie. Pies robiący nic. 

Gości i obcych unika.
 

 

Dziś Filip wraz z Kubą pomagał mi piec pierniczki (pierwsze podejście, żeby się zeschły na przedświąteczne częstowanie i ciastkami-obdarowywanie). Chłopcy w kuchni z mamą, dziewczyny spały. Tata też. Chory z przejedzenia po czterodniowej uczcie dziękczynnej (gul, gul).  

 

O tym, jak mąż zapunktował

Dodano 25 listopada 2009, w Bez kategorii, przez popiatej


Niestety nie na długo.

Dobrze, że już jesteś. Bez ciebie nic mi nie wychodzi – B. otoczony gromadką zapłakanych dzieci powitał mnie w progu wracającą z zakupów – Jesteś filarem naszej rodziny!

Hmm… solidnym filarem! – dodał po krótkim namyśle.

No i sobie pozagrabiał. 

 

Kitki

Dodano 24 listopada 2009, w Bez kategorii, przez popiatej

Palce same się rwą do przebierania w aksamitnych loczkach Gabrysi i w Tosinej bujnej czuprynie. Chcę pleść już warkocze, dorabiane, zwykłe, z wplecionymi wstążkami i bez. Rozczesywać, zaplatać, wiązać, podpinać. A tu kitki rosną ospale, powoli. Cierpliwości mi brak.    

 

Kuba Talk

Dodano 22 listopada 2009, w Bez kategorii, przez popiatej


Jestem bublem
- powtarza ostatnio Kuba.

Przyznam, że zaczęła mnie niepokoić tak niska samoocena.

Niepotrzebnie, okazało się przy budowie tam w kąpieli.

 

Radości, powodów do uśmiechu

Dodano 20 listopada 2009, w Bez kategorii, przez popiatej


Przyjaciół, szczęścia.

I abyś pozostał dobrym człowiekiem.

Kocham Cię, Synku. Spełnienia marzeń!!

Mama

 

Triplets – don’t try this at home!

Dodano 17 listopada 2009, w Bez kategorii, przez popiatej


Nigdy dotąd nie przeliczałam ile kosztują nas dzieci. Po co miałabym to robić? Jak wyjdzie za drogo to co, zwrócę jedno czy dwa? Ale zachciało mi się statystyki na zaproszeniach z okazji przyjęcia na roczek trojaczków. Będzie zabawnie, ludzie się zdziwią, jak zobaczą ile pieluch przeszło przez nasze ręce w ciągu roku, pomyślałam. Tanie efekciarstwo, wiem.

Zaczęłam liczyć, dodawać i mnożyć razy 3. Matko, na co myśmy wydawali kasę kiedy nie było dzieci?!!

Tak czysto matematycznie wygląda to na spory, bo ja wiem, wydatek, inwestycję, konieczność? Nie, nie zapomniałam o numerze cztery, ale nie chcę nawet myśleć ile dokładnie kosztuje nas Kuba. Biorąc pod uwagę jak dużo ten wielki-mały człowiek potrafi zjeść, jak szybko rośnie i jak wyszukane ma zachcianki, na samo jedzenie i co-chwilę-za-małe-ubrania idzie połowa naszych wynagrodzeń. No dobra, przesadzam, ale łatwo można by przeliczyć ile mniej więcej kosztują nas wszystkie dzieci dodając circa jedną piątą do trojaczkowej sumy poniżej, i już. 

A oto te (nie) dziecinne koszty.

W ciągu roku przewiniemy trojaczki osiem tysięcy siedemset sześćdziesiąt razy, zużywając do tego tyluż pieluch oraz blisko szesnastu tysięcy chusteczek pielęgnacyjnych. W ciągu roku mąż umyje sześć tysięcy pięćset siedemdziesiąt butelek po mleku, rozkręcając sumiennie wszystkie na sześć części i czyszcząc dokładnie każdą z nich. Przeklinając przy tym zero razy. W ciągu roku wypiorę i nie wyprasuję trzech tysięcy dwustu osiemdziesięciu pięciu ubranek dziecięcych. W ciągu roku wydamy na trojaczki i opiekę nad nimi sześćdziesiąt cztery tysiące dolarów brutto. W ciągu roku dostaniemy około szesnaście tysięcy uśmiechów. W ciągu roku niezliczoną ilość razy ktoś wtuli się w nasze ramiona i powie mamo, tato (tyle, że w mianowniku). W ciągu roku przez 365 dni poczuję się najszczęśliwszą kobietą na świecie. 

Poniższe jest wyliczeniem utrzymania trojaczków i kosztów ich opieki w północno-środkowej części USA za 1 rok:

Pieluchy – 8.760 sztuk
[8 sztuk dziennie x3 dzieci = 24 x 365 dni] 
$ 2.452 ($ 0,28 / 1 pielucha)  

Mleko modyfikowane – 6.570 butelek (180 ml)
[6 butelek dziennie x3 dzieci = 18 x 365 dni]
$ 2.168 ($ 0,33 / 1 butla)

Nawilżane chusteczki pielęgnacyjne – 15.912
[102 na tydzień x3 dzieci = 306 x 52 tygodni] 
$ 795 ($ 0,05 / 1 chusteczka)

Gotowe jedzenie, kaszki, chrupki, jogurty, serki, soczki – 2-3 posiłki dziennie od 7 m-ca
$ 1.400 

Żłobek, opieka
$ 34.840

Ubrania, buty, akcesoria, itp.
$ 1.800  

Zabawki
$ 850

Sprzęt (dwa duże wózki, 3 siedzenia stacjonarne, 6 leżaczków, 3 nosidełka, 4 podstawy, 3 duże foteliki samochodowe, łóżeczka, 42 butelki, 2 krzesła do karmienia, 2 chodziki, 3 stojaczki)
$ 2.500

Wizyty u lekarza, składka na ubezpieczenie zdrowotne, lekarstwa
$ 4.800

Suma:  $ 51.605 netto

A przy tych dziecinnych kosztach, mamy jakieś tam jeszcze drobne wydatki typu życie, hipoteka, opłaty, samochody, rachunki, zakupy, spożywka, remonty, usługi, naprawy, podatki, ubrania, ubezpieczenia, lekarstwa, składki, urzędy, technologia, wakacje, fryzjer, datki, bilety, meble, urządzanie, przeprowadzka. Takie tam drobiazgi.

Triplets – don’t try this at home!  They will cost you a fortune!

 

Rodzina na kółkach

Dodano 11 listopada 2009, w Bez kategorii, przez popiatej


Tak jakby jesteśmy troszkę zajęci. Troszeczkę.

Sprzedawanie domu wypełnionego po brzegi plastikiem dziecięcych zabawek, stojaczków, chodzików, łyżeczek, miseczek i kubeczków jest… no, nieco trudne.

Żyjemy na pełnych obrotach w ściśle określonych przedziałach czasowych. Dla zwiedzająco-kupujących dom ma być czysty, elegancki, bezosobowy, przestrzenny. Ma być spełnieniem marzeń o własnym, przytulnym gniazdku. Gratów ma nie być.


Sobota.

O 9:15 dom tętni życiem – dzieciaki bawią się, śmieją, krzyczą, śmiecą. Na stole resztki śniadania, miseczki, kaszka, banan, w zlewie brudne butelki. Na blacie niedopita kawa, kanapka. Zmywarka płucze wczorajsze naczynia. Kuba właśnie rozsypał pośrodku pokoju nurzędzia od pani L. i zachęca sam siebie: no to młotek i do loboty! Czyszczę na szybko półki w lodówce – tu też przecież zajrzą, pod zlewem rozsypał się Ajax, przecieram. Miski w szafie brzęczą przy zamykaniu, krzywo ułożone, poprawiam. Jakieś zbędne płyny do czyszczenia w szafce, nieużywane od lat, wyrzucam. Dokładnie wycieram ubikacje – nie może być widać, że ktoś tu mieszka. Lustra w łazienkach – przecieram. Ktoś woła? To Filip rozrabia a siostry płaczem reagują na jego szorstkie zaczepki. Rozdzielam. Teraz na piętro, ścielę łóżka, łóżeczka. Śmieci i brudy do worka, szklanka z wodą, książka, lekarstwa, spinki, chusteczki – schować, zapakować. Co zrobić z koszem odzieży oczekującej na żelazko? Upchać. Tylko gdzie? W każdą dziurę mi zajrzą.

B. na zewnątrz zbiera niespodzianki, chroniąc kupująco-zwiedzających przed wdepnięciem w psi placek.

Zbiegam na dół, Kuba przeniósł się z bałaganem do następnego pokoju, puszczają mi nerwy, podnoszę na niego głos, pierwszy raz w życiu, głupio mi. Spieszymy się, robi się mega nerwowo, za osiem minut ma nas tu nie być. Dom ma pachnieć i lśnić. I być.

Usuwam psa, miski psa, ani śladu psa, kto ma psa? Dzieci? Jakie dzieci? Tu nikt nie mieszka, domek stoi i czeka. Łóżeczka świeżo zaścielone, pościel wykrochmalona, zapraszamy, rozwieście państwo zdjęcia na ścianach i wszystko to wasze. Przelew do banku, tu jest numer konta, tu akt własności i już nas nie ma. Happy living!

Za pięć dziesiąta. Pod domem sąsiada parkują dwa auta, w jednym rodzina, w drugim ich agent. Czekają.

Nie zdążę się uczesać. Przebrać. Nie, muszę uciekać.

9:56 – w aucie pies, dzieci, mąż, reklamówka z brudnymi butelkami (nie zdążyłam umyć), kosz z praniem (nie zostawię przecież bo i tak zajrzą WSZĘDZIE!), trzy pudła z zabawkami, następne dwa z niezbędnymi zbędnikami dnia powszedniego – karteczki, listy, rachunki, laurki, rysunki, pasta, szczoteczki, aparat, kamera, zegarek, okulary, brudna już trochę gąbka do naczyń i płyn bo w dziwnym niebieskim kolorze, zepsuje kolorystykę wnętrza. Jakieś ubranka, skareptki, zabawki upuszczone w biegu. To do reklamówki numer trzy, na moich kolanach, auto wypchane po sufit.

Przed wyjściem jeszcze raz galopem. Na górę, sypialnia – dobrze, łazienka – uchylam okno. Sypialnia trojaczków – ciasno, trzy łóżeczka, no trudno, rozwinę nieco roletę, nie, to za ciemno, pomyślą, że naprawdę mały i ciemny ten pokój. Sypialnia Kuby – dobrze, dziecięco-kolorowo ale dobrze. Sypialnia gościnna – ok, tylko zasłona źle się ułożyła. Łazienka dla gości – idealna, nikt z niej nie korzysta, w szafach – porządek, chociaż można by równiej poukładać tę pościel, hmmm albo ręczniki według kolorów? Szuflada, skarpety nie od pary, może nie zajrzą? W nocy się za to wezmę, jak wystarczy czasu. Dół – tu najciężej, dużo wszystkiego, salon uparządkowany ale coś nie gra, gazety krzywo – poprawię, nie, lepiej w ogóle wyrzucę, tylko zaśmiecają. Korytarz, szafa załadowana płaszczami, obleci. Kuchnia, łazienka, drugi pokój, biblioteka, nieco zakurzony monitor, przecieram rękawem, dmucham. Co to? Sierść psa na podłodze, przed chwilą odkurzałam! Pralnia dobrze, jest czysto. Teraz do piwnicy, siłownia, zabawki, zapalę światło żeby nie macali po ścianach. Spowrotem po schodach, adrenalina. Psiiiiiiiiik, ciągnę za sobą smugę z odświeżacza, uciekam do garażu, za kierownicę. Wyjeżdzamy zdecydowanie udając, że nie widzimy zaparkowanych dwa domy dalej aut.

Od 10:00 dom pachnie i lśni. Jest ich.


O 10:30 są następni, pod rząd.

Przez następną godzinę jeździmy dokoła miasteczka, maluchy zasnęły, to ich poranna drzemka. Kawa z okienka Starbucks, jedziemy dalej, pies dyszy. Kubę z tatą wyrzucam przy placu zabaw, znów w kółko po łuku przystani. Pogoda jest ładna, ktoś żegluje. W listopadzie? Jadę powoli, dzieci śpią.

11:00 wracamy pomieszkać. Na dwie godziny. 

Mieszkamy = bałaganimy = denerwujemy się bałaganem. Sprzątamy. Mieszkamy. Kuba nie rozumie dlaczego nie może bawić się we własnym domu, własnymi zabawkami, na własnej podłodze.

O 13:00 od nowa. Znikamy. W niedzielę podobnie. Dzieci są już zmęczone, płaczą. Jesteśmy wykończeni. A to dopiero pierwszy weekend, dom jest na rynku od czwartku. Skąd tylu ludzi do oglądania? Naprawdę mamy recesję?

Kiedy mam zrobić pranie? Jak ugotować obiad? Nakarmić dzieci? Odpocząć?

Rodzina na kółkach.Niech ktoś go szybko kupi… 

A w perspektywie (dalszej lub bliższej) pakowanie, bilety, kontener, lot, rozpakowywanie, zakupy. Smok. Kopiec. ZOO. Nowe przedszkole. I nowy dom. Na wzgórzu. Z którego widać Wawel :)

Na odpoczynek się nie zanosi…

 

 

 

 

 

  • RSS