Crazy is my life…

Dodano 20 lipca 2009, w Bez kategorii, przez popiatej

…jak u Golec uOkiestra.

Czasami rzeczywiście bywa u nas crazy. Tak jak w sobotę. Ja z Karolinką jeszcze w szpitalu, czekamy jak na szpilkach na wypis po piątkowej operacji dwóch Tosinych przepuklin. W domu mąż miota się z resztą dzieci, starszy syn powinien już dawno drzemać i odpoczywać przed popołudniową imprezą, Gabrysia z Filipem ząbkują, kichają, smarkają, o dziesiątej przyjeżdża pani K. do sprzątania i nie wie od czego zacząć, taki chaos dokoła. Pies wymiotuje, telefon dzwoni bez końca, lodówka pusta…. Crazy, crazy is our life.  

No ale nic nie trwa wiecznie. Pogoda się psuje, co zmusza doktora do zakończenia gry w golfa, przyjazdu do pracy na jedenastą i wypisania Karolinki. Dzięki, chmurko! Wracamy z pacjentką do domu. Biorę prysznic po nieprzespanej na szpitalnej pryczy nocy, pakuję prezenty urodzinowe, torby z jedzeniem Gucia, tudzież z odzieżą kąpielową, osobistą i zmienną wierzchnią dla obu panów, ubieram Filipa, Kubę, i jadę z chłopakami na przyjęcie urodzinowe przyjaciela z przedszkola. Chmurki już nie ma, słonko świeci, blado-bo-blado, ale dzieciaki w najlepsze chlapią się w basenie i walą po głowach.  

Kuba udowadnia po raz kolejny, że do dzieci z grupy nieśmiałych, takich co to na uboczu kurczowo maminej trzymają się spódnicy, on należeć definitywnie nie będzie. Powiedzmy tylko, że ON dobrze się bawił. A ja? No cóż, trochę się wstydu najadłam. Będzie nad czym pracować przez lato – bo można by przecież trochę ciszej i ogólnie trochę mniej Kubusia dokoła…

W niedzielę wcześnie rano, spakowani w cztery tobołki, aparat i obiektywy, wyruszamy w trasę 5-kilometrowego biegu obok (za) 8 tys. ludzi z mojej firmy. Zjechało toto do M.  z całych Stanów na okoliczność corocznej imprezy propagandowej prania mózgów. Bieg jest częścią tej szopki, a my w niej… dobrowolnie uczestniczymy. Jak co roku od 8 lat. Już po kilku krokach Kuba obwieszcza, że musi siku, w związku z czym zatrzymujemy siebie oraz wóz trojański i szukamy ze starszym ubikacji. Trochę to trwa, trwa i trwa, więc po wyjściu widzimy już tylko plecy biegnących. Daleko przed nami. Jesteśmy na szarym końcu. Skracamy sobie trasę na ukos po trawie, nie chcemy być ostatni, żeby nie skupiać na sobie uwagi. Chcemy wmieszać się w tłum.     

Marzenia ściętej głowy. Ostatni czy nie, uwagę na sobie skupiamy. Na mecie witają nas brawami. Po raz pierwszy chyba czuję się jak celebrity. Kiedy przekraczamy linię mety, konferansjer obwieszcza przez megafony, że oto trojaczki ukończyły bieg, że brawa dla mamy, rozlega się burza oklasków, trzech firmowych fotografów (z całkiem dobrym sprzętem, obiektem moich westchnień) robi nam zdjęcia, prosi o uśmiechy, każe pozować. W tle brawa, okrzyki… A ja myślę tylko o tym, że trzeba było wstać o 5-tej i jednak zrobić ten makijaż, teraz w firmowym intranecie będę oglądać swoje zdjęcia na żywca! Kubuś jest nachmurzony, nie podoba Mu się ta cała feta na cześć trojaczków. Jedna pani zagaduje go o śmieszne, kolorowe buty, jakie ma na nogach (dzięki ci, kimkolwiek byłaś, rezolutna kobieto!) i dopiero to poprawia Mu nieco humor. Potem dostaje jeszcze ciastko, dwa i już jest lepiej.

Maluchy skończyły wczoraj siedem miesięcy. Oto skrót najnowszych wiadomości (wiem, ślepa zauroczona matka, zero obiekywizmu, wiem, wiem. Ale mój to pamiętnik, i o moich to dzieciach, więc wolno mi!).

Filip jest piękny i siedzi. Gabrysia jest piękna i śmieje się ze wszystkiego jak szalona. Karolinka jest piękna i  w piątek po operacji powiedziała po raz pierwszy „mama”!! Bujałam ją niemal cały dzień w szpitalu, wtuloną w moje ramiona, biedną w bólach od nacięć, cichutką, spokojniutką, poważną. Ona wpatrzona we mnie jak w obrazek, zauroczona i widać zachwycona tą niespotykaną sytuacją – tylko Ona i mama! Tak blisko, razem, tak dobrze, błogo i ciepło. Wpatrzona tymi wielkimi, pięknymi oczyskami, wtulona wyszeptała dwa razy maamaa i serce podeszło mi do gardła, gula puściła i sobie zapłakałam. Moja kochana, dzielna kruszynka… Kuba jest piękny i (znów) cudowny z młodszym rodeństwem. Uwielbia Filipa. Nierówno dzieli swoje zainteresowanie, nierówno okazuje uczucia, zawsze dla Filipka jakoś więcej ma serca, więcej zainteresowania i zrozumienia kiedy na przykład Gucio głośno zapłacze podczas JEGO bajki. Wymarzony starszy brat dla Filipa. A może to genetyczna męska solidarność? Bo kiedy gramy, jak co niedziela, w badmintona w ogrodzie, czy w wojnę wieczorami po kąpieli, Kuba z jakiegoś nieznanego mi powodu uważa, że tylko On albo tata mogą wygrywać. Jak wygram ja, to jest wielkie halo. Muszę się temu przyjrzeć z bliska i podpatrzeć (podsłuchać?), czy aby nie działa tu jakaś perswazja odgórna (taka z metra osiemdziesięciu czterech, na przykład).      

Zrobiłam dziś rezerwację na polu namiotowym, od środy ma być słonecznie, pogodnie i ciepło! Jedziemy na wczasy :) 

Na całe 3 dni.



Otagowane:  

Lato!

Dodano 13 lipca 2009, w Bez kategorii, przez popiatej

 

Karolinka

Dodano 4 lipca 2009, w Bez kategorii, przez popiatej

Szczepienia na sześć miesięcy za nami. Kiedy wyszliśmy z gabinetu pediatry, poczekalnia świeciła pustkami. Czy to przypadek, czy też wszyscy mali pacjenci wzięli nogi za pas wystraszeni rykiem trójki niemowlaków?

Każde było kłute trzy razy, w sumie18 szczepionek, po sześć na dziecko. Zważono mi dzieci, i tak: Filip waży 10 kilogramów, Gabrysia 8 i trochę, a Tola 7 i ćwiartkę.

Mogę już spokojnie pisać o nerwówce, jaką przeżywaliśmy przez ostatnich kilka tygodni. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, ale był straszno.  

Zaczęło się od wizyty u terapeuty. Karolinka ma od urodzenia tendencję do zwracania głowy w prawo, co spowodowało, że jej głowa zaczynała być bardziej spłaszczona z prawej strony. Pediatra wysłał nas do terapeutki aby ta zastosowała odpowiednie ćwiczenia i masaż rozluźniający. Terapeutka pomierzyła, popatrzyła i stwierdziła, że przydałby się hełm korekcyjny, w którym Karolina miałaby chodzić 23 na dobę przez 3-4 miesiące. Ach, jak ja się przejęłam, że dziecko w środku lata będzie chodzić w kasku, że będzie jej gorąco, że będzie wyglądać śmiesznie, że to, że tamto. Wysłano nas do lekarza specjalisty od kasków. Lekarz nas co prawda nie zaszczycił swoją obecnością podczas umówionej wizyty, ale pielęgniarka obadała Tolę i uparła się, że trzeba zrobić rentgen żeby zobaczyć czy kości czaszki przypadkiem się już nie zrosły.

Niewiele się tym przejęliśmy, trzeba rentgena to trzeba, robimy. Kilka dni później zdjęcie rentgenowskie jest ale… podobno kiepskiej jakości. Nic na nim nie wiadać, przynajmniej ten lekarz-widmo podobno nic nie widzi, odsyła nas z Karolinką do specjalisty chirurga czaszki do wojewódzkiego szpitala dziecięcego. Tu już zaczęły się nerwy. Neurochirurg? Cięcie czaszki? Co jest grane? Czy oni rzeczywiście nic nie widzą na tym rentgenie, czy widzą COŚ, o czym nie chcą nam powiedzieć?

Za tydzień wizyta, chirurg patrzy na Karolinkę, patrzy na zdjęcie i zleca tomograf komputerowy. Podejrzewa, że kości czaszki zrosły się zbyt prędko i potrzebna będzie operacja. Nie wdaje się w szczegóły, odsyła do domu i każe czekać na telefon w sprawie daty tomografu.  Ale jak tu czekać, gdy nad Karolinką krąży widmo otwierania i cięcia czaszki. Zasiadamy do internetu i czytamy rzeczy, których lepiej żebyśmy nie wiedzieli. Jeśli czaszka rzeczywiście się zrosła to kości blokujące dynamiczny w tym okresie życia rozwój mózgu mogą spowodować nieodwracalne uszkodzenia, utratę mowy, wzroku, opóźnienia rozwojowe. Potrzebna jest operacja, ale ta niesie za sobą ryzyko bo operuje się w bezpośredniej okolicy mózgu, rozcina czaszkę od ucha do ucha, operacja trwa średnio 8 godzin, na tydzień dziecko zostaje w szpitalu. Bardzo poważna interwencja.  

To sobie poczytałam i tydzień spać nie mogłam.

Czekałam na wyznaczony termin, dzwoniłam, sprawdzałam, w końcu oddzwonili, że termin jest. Pojechałam z Karoliną w środę wcześnie rano, ta mi cała godzinną drogę w aucie płakała z głodu, ale karmić nie kazali bo prawdopodobnie będą musieli ją uśpić. Żeby się nie ruszała i żeby zdjęcie dobrze wyszło. Maszyna wielka, Tolunia malutka, płacze, rzuca się, ale usypiać na szczęście nie trzeba. Jestem w stanie utrzymać ją prosto. Pani radiolog ma niewyraźną minę, mówi, że wyniki będą za 3-4 dni. No i czekamy, jedna godzina, druga godzina, trzecia. To jak czekanie na wyrok. I pomyśleć, że dwa tygodnie wcześniej perspektywa noszenia hełmu korekcyjnego wydawała mi się tą gorszą opcją. Teraz dałabym wiele, aby to TYLKO o hełm chodziło.

Czekalibyśmy nadal, jeszcze nie oddzwonili z wynikami ze szpitala dziecięcego. Ale już wiemy na 99%, że kości się nie zrosły. To nasza super pielęgniarka podczas czwartkowych szczepień "włamała" się do komputera szpitala dziecięcego i podejrzała raport radiologa, mówiący o tym, że wszystko wygląda dobrze i kości się nie zrosły. To neurochirurg podejmie ostateczną decyzję, ale podobno rzadko się zdarza, żeby chirurg i radiolog różnie interpretowali wyniki badań. Jena tak naprawdę nie włamała się do komputera, dawno temu szpital udostępnił dane lekarzom w województwie, niewielu nadal z niego korzysta, bo szpital co chwila zmienia hasła dostępu, ale nasza Jena trzyma rękę na pulsie i dzięki niej możemy znowu oddychać.

W przyszłym tygodniu będę mogła skupić się na wybieraniu wzorku na hełm Karolinki i będzie to dla mnie niezła lekcja pokory.
Rzeczywiście – zawsze może być gorzej!

Otagowane:  

  • RSS