Dzień jak co dzień

Dodano 25 kwietnia 2009, w Bez kategorii, przez popiatej



Minął już miesiąc od kiedy trojaczki zaczęły chodzić do żłobka.
Pora na pierwsze podsumowania dotychczasowych doświadczeń. 

Jak na razie żłobek sprawdza się na piątkę. Dzieciaki są zdrowe, zadowolone,
odżywione i zabawione jak trzeba. Odbieranie i zawożenie gromadki też z reguły działa
jak w zegarku bo robimy to we dwoje z mężem. Ja prowadzę tzw. wesoły autobus,
czyli auto z czwórką dzieci i Puszkiem Okruszkiem nadającym z głośników, przede
mną jedzie sam w cichutkim aucie mąż. Tu będzie drobna dygresja ilustrująca
nastroje trzyletniego dziecka. Otóż mąż, czyli tata, jedzie PRZED nami i, jak
się okazuje, jest to duży problem. „Tatuś musi jechać na pleckach!” (tł: ZA
nami) – drze się przez całą drogę Kubuś, głęboko przekonany, że powinien mieć
wpływ na szyk pojazdów w ruchu kołowym naszego miasteczka. Ot, taka schiza,
jedna z wielu jak się ma lat trzy i trochę… I tak mija mi osiem minut drogi od domu
do żłobka, na tłumaczeniu dlaczego tatuś wyrywa do przodu, na tłumaczeniu, że
jadąc za nim też jest dobrze, po to tylko żeby następnego dnia usłyszeć od nowa
„Tatuś musi jechać na pleckach!” Koniec dygresji.

Odwozimy rodzinkę do żłobka o 7:15. Ja wstaję pięć po szóstej, robię sobie
kawę, dokładnie taką jak lubię, siadam przed komputerem i mam 15-20 minut dla
siebie. Pogoda, GW, wiadomości, bank, rachunki, e-mail. Potem makijaż,
włosy, szybkie prasowanie ubrania biznesowego, za
piętnaście siódma budzę męża, ubieram trojaczki, zapinam w fotelikach samochodowych, budzę
Kubę, ubieram, myję mu zęby, schodzimy na dół zapakować butelki, w tym czasie
mąż wyrabia się z prysznicem, znosi na dół foteliki z dziećmi, pakujemy
wszystkich do auta, i w drogę. Czasami któreś z maluchów płacze przy ubieraniu
jak jest bardzo głodne ale na ogół śpią albo rozglądają się dokoła, nie ma poganiania,
pokrzykiwania, jest rutyna i każdy wie co ma robić.

W żłobku mąż pomaga mi wnieść foteliki i torby do środka, całuje na do widzenia
i jedzie do pracy, ma o wiele dalej niż ja. Kuba idzie ze mną najpierw do
pokoju maluchów, tam zaczyna się bawić, ja rozpakowuję dzieci, sadzam w
bujaczkach, panie w tym czasie podgrzewają mleko i zbierają się do przewijania
i karmienia. Idziemy z Kubą do jego pokoju trzylatków, Kuba myje ręce i zasiada
do śniadania. Całuję go, przytulam, daję ‚high five’ i wypadam do auta, na
autostradę, piętnaście minut później jestem w pracy na ósmą. E-mail, kawa,
praca, zebrania, lancz, rzut oka na zdjęcia dzieci – tęskno się robi – jakiś spacer
czasami po lanczu, praca, zebrania, herbatka, praca. O 16:30 wychodzę, przyjezdżam do żłobka, idę
przywitać się z Kubą i uprzedzić, że za 15 minut wychodzimy. W pokoju maluchów
czekają na mnie trzy roześmiane buźki, nie wiem na kogo pierwszego patrzeć,
kogo pierwszego przytulać, wszystkie tak żywo reagują na mój widok, mój mały
prywatny fan club :) Ubieram maluchy, pakuję puste butelki, brudne ubranka,
kartki z historią dnia dla każdego, po 17-stej przyjeżdża mąż, pakujemy się do
auta i w drogę. „Tatusiu, musisz….” słyszę znowu ale o tym już było a teraz
będzie o kolejnej schizie Kubusia…

Otóż, drzwi prowadzące od garażu do domu zawsze otwierać musi Kuba, broń boże
chwycić za klamkę przed nim. Kuba otwiera, wypuszcza Batona na siku, leci za
nim na dwór, my w tym czasie wnosimy foteliki zezując jednym okiem czy pies nie
ucieka i czy Kuba jest w zasięgu wzroku na dworze. Zaganiamy do domu, odpalam
piekarnik albo gaz, w zależności jak będę odgrzewać obiad ugotowany wcześniej,
Kuba dostaje coś do picia, idzie się bawić lub odpocząć, czasem krząta się ze mną po kuchni. Maluchy zdążyły zasnąć
w swoich fotelikach, zostawiamy je więc tak jak są w salonie, siadamy do
obiadu. Po obiedzie jeśli trojaczki nadal śpią mam czas na
odkurzenie podłogi z włosów Batona, zrobienie obiadu na jutro, ułożenie puzli z
Kubą, zbudowanie namiotu, zrobienie prania, pozmywanie. Mąż ma za zadanie
codziennie umyć brudne butelki z całego dnia (21 sztuk), naszykować nowe mleko, rozlać do butelek i
schować do lodówki. Zajmuje się tym po obiedzie, często rozładowuje też
zmywarkę.

Jest prawie siódma wieczorem, włączamy Kubie bajkę i bierzemy się do kąpania
trojaczków. Tola zalewa całą kuchnię,
chlapie w wanience i cieszy się tym przeogromnie. Po kąpieli karmimy po kolei małą
butelką, kładziemy spać.  O 7:30 idę kąpać Kubę. Później bajki na
dobranoc, niekończące się pożegnania, około 8:30 Młody śpi. Jeśli maluchy nie
spały po przyjściu do domu to dopiero teraz mam czas na zrobienie obiadu,
porządków, pranie. Jeśli spały to teraz mam czas dla siebie albo na…
dokończenie projektów z pracy. Kilka razy wzięłam Batona na spacer, ale
przeważnie odpalam zakładowego laptopa i pracuję albo się uczę. Mąż w tym
czasie w zależności od dnia, albo akurat instaluje albo akurat odinstalowuje Windows 7
Beta :) O 21:30 karmimy raz jeszcze przez sen,
po tym biorę kąpiel, kilka stron Domu Nad Rozlewiskiem i spać. Maluchy
będą spać ładnie do 3 lub 4 nad ranem, po czym zjedzą i będą spać nadal do
rana. 6:00 dzwoni budzik, daję sobie pięć minut na dojście do siebie, pobudka,
kawa i od nowa…

Nie mamy zbyt dużo kontaktu z maluszkami w ciągu tygodnia. Jedynie kąpiele,
czasami wieczory spędzone na zabawie jeśli nie śpią, czasem poranki. Większość
dnia spędzają jednak z innymi ludzmi i to inni ludzie się nimi opiekują. Czy
jest mi z tego powodu przykro? Raczej nie. Chcę wierzyć, że im nie
przeszkadza bycie z kimś innym niż z mamą, wydają się szczęśliwe i zadowolone.
Tęsknię do nich oczywiście ale myślę, że jest dobrze tak jak jest. Nie sądzę,
że trawa zieleńsza tam gdzie nas nie ma, cieszę się, że mam dobrą opiekę nad dziećmi a sama mam dobrą pracę (bo ogólnie praca jest dobra, tylko narzekam trochę na system). Znam wiele mam, które zostały w domu -
zestresowanych, urobionych po łokcie, niedocenionych, przemęczonych i
znudzonych opieką nad dziećmi. To nie tak, że nie ma w ogóle mam zadowolnych z tego, że wybrały długoterminowe bycie w domu, na pewno są, ale ja ich nie znam (tych dzisiejszych, nie mówię tu o naszych mamach i babciach, dla nich ten wybór był chyba łatwiejszy, bardziej naturalny). Pracując zawodowo też nie jest łatwo, też nie ma
czasu, ale dokonując jakiegoś wyboru godzimy się na jego konsekwencje. My oboje z B. wierzymy, że dobry żlobek, dobre przedszkole są dziecku potrzebne do socjalizacji, integracji, nauki zachowań w grupie, tak zwanej kinder-sztuby. Zresztą co ja się
będę rozpisywać, Chuda o tym trafnie napisała jak to na wychowawczym łatwo się zagonić w kozi róg i nie mieć czasu ani na dziecko, ani na dom, ani na pracę. Być rozgoryczoną, że się poświęciło siebie i w imię czego… Tu i tu poczytać można.

Nadrabiamy zaległości z trojaczkami w weekendy. Są one o wiele luźniejsze, nie mamy tak napiętego planu, poranki raczej leniwe,
jakaś bajka dla Kuby, śniadanko. Co drugą sobotę przychodzi pani do sprzątania na pół dnia, czasami jadę z Kubą na jakieś zajęcia do biblioteki, czasami mąż bierze go do ZOO. Niedługo
zaczniemy jeździć wszyscy bo zrobiło się ciepło. Wieczorami przeważnie mamy gości na obiedzie, albo małe przyjęcie. Bardzo lubię soboty, pełny relaks.
Niedziela do południa też fajna, potem zaczyna się dyżur. Przeważnie mam z
5 pralek do nadrobienia z tygodnia (pomimo prania raz czy dwa pomiędzy), obiady
do ugotowania, segregowanie i układanie w szfach (czego nie cierpię bo zabiera to tyyyyle czasu!), prasowanie, zakupy spożywcze (czasami robi je mąż), malowanie
farbami albo budowanie z Kubą, wymiana pościeli, ręczników, rodzinny spacer, tak mija
dzień. Wieczorem kąpiele, pakowanie pieluch, zapasowych ubranek… Od wielkiego
święta włączymy telewizor, albo jakiś film (nareszcie obejrzałam Lejdis na DVD tu na
obczyźnie!). I tak nam mija dzień za dniem… Minęło już pięć tygodni od powrotu do pracy, pierwsze koty za płoty. Oby dalej było tak dobrze to nie będzie źle :)  



 

4 miesiące

Dodano 21 kwietnia 2009, w Bez kategorii, przez popiatej


Fotka na okoliczność ukończenia czterech miesięcy. Od lewej: Gabrysia, Filip, Karolina. 

 

Zakonnica

Dodano 19 kwietnia 2009, w Bez kategorii, przez popiatej

Nasze trojaczki są pod opieką zakonnicy, jak się okazało.

Pani C. jest przed siedemdziesiątką, pracuje popołudniami w naszym żłobku, uwielbia Filipa, Gabrysię i szczególnie Karolinkę. Każdego dnia kiedy odbieram maluchy ze żłobka, pani C. normalnie nie może się z nimi rozstać. Ściska, tuli, całuje, prawie ze łzami w oczach odprowadza nas do drzwi i długo macha na pożegnanie.

W piątek spytała czy mogłaby wpaść do nas w weekend odwiedzić trojaczki, tak się do nich przywiązała. Odpowiedziałam, że oczywiście zapraszam i zapytałam czy jest mężatką, bo jeśli chce to mogą przyjechać razem z mężem w odwiedziny. Na to pani C. spojrzała na mnie sponad swoich grubych okularów i odpowiedziała, że przyjechać z mężęm to ona może ale jej mężęm jest Jezus… Okazało się, że pani C. jest zakonnicą, ubiera się po cywilnemu ponieważ pracuje w świeckim żłobku, ale mieszka razem z innymi zakonnicami, im oddaje zarobione pieniądze, prowadzi zakonne życie, i tak dalej, w ogóle inna bajka.

A dzisiaj trojaczki kończą cztery miesiące :)

 

Czary-mary, czyli schabowy raz!

Dodano 14 kwietnia 2009, w Bez kategorii, przez popiatej

Nie żabich udek, nie homarów, ale schabowych w obiadowym menu było nam potrzeba na pobudzenie apetytów. To tak a propos poprzedniej notki o mocy stwórczej blogu. Mąż nachwalić się nie może, zajada jakby nigdy w życiu moich kotletów schabowych nie jadł. W pracy też poprawiło się troszeczkę, dostałam duży projekt i będę sama tworzyć i nadzorować grupę ludzi pracujących nad nowym kursem szkoleniowym; powoli szefowa zaczyna doceniać moje doświadczenie, a to dobry znak. Biorąc pod uwagę światową recesję, cięcia budżetowe i oszczędności w firmach dokoła, to naprawdę dobrze, że wciąż inwestujemy w szkolenia pracowników i tworzymy nowe kursy i materiały. Firma stabilna, ze stupięćdziesięcioletnią tradycją, niejedno już przetrwała (w tym Wielką Depresję lat 30-stych) więc i tę Wielką Recesję przetrzyma. Niewielu specjalistów może spać tak spokojnie, przeważnie szkolenia i kadry lecą pierwsze przy cięciach budżetowych.

U dzieci bez większych zmian. Nadal budzą się w nocy na butlę ale najczęściej marudą jest tylko Filip, dziewczynki śpią przez większość czasu pomiędzy karmieniem. Zaczęliśmy im wieczorem dawać kaszkę żeby je dłużej „trzymała” w nocy, zobaczymy jakie będą efekty.

W sobotę trójka dostała ostatnią dawkę szczepionki Synagis w tym sezonie. Pielęgniarka Eryka odwiedziła trojaczki w domu, zmierzyła, zwarzyła, osłuchała, wstrzyknęła i uwienęła się w niecałą godzinę. Filip warzy 7kg 300g, Gabrysia 6kg 250g, Karolina nieco ponad 5 kg. Na długość wszystkie mierzą około 63 cm. Za tydzień maluchy kończą 4 miesiące.

Kuba nie może doczekać się przyjazdu dziadka pod koniec kwietnia. Już mu obiecaliśmy, że dziadek będzie uczył go jazdy na rowerze, chodził z nim na spacery, czytał bajki na dobranoc. Nie widziałam mojego taty przez sześć lat, ostatni raz podczas wizyty w Polsce w 2003 roku. Dla taty to pierwsza podróż samolotem za ocean, pierwsze odwiedziny Ameryki. Pobędzie u nas i u brata na południu miesiąc, zobaczy Stany, dzieci, wnuki. Oby tylko trochę cieplej się zrobiło, na razie deszcz, wiatr i temperatury w okolicach 3 stopni, niezachęcające do wyjścia z domu.

Święta Wielkanocne przeminęły nam zbyt szybko, w sobotę gościliśmy znajomych, pojechaliśmy na święcone do polskiego kościoła, Kuba i kolega Dominik nacieszyli się sobą, pobawili, wymienili wrażeniami na tematy przeróżne i fajnie było ogólnie, świątecznie. Niedziela, oprócz świątecznego śniadania, obiadu i pierwszej wizyty trojaczków w ZOO, minęła mi na zwykłych domowych czynnościach jakie na koniec tygodnia wykonać trzeba: praniu, sortowaniu, gotowaniu obiadów na nastepny tydzień, wymianie pościeli w łożeczkach, sprzątaniu domu, przyrządzaniu zaplecza do żłobka: pieluch, jedzenia, ubranek. Poniedziałku Wielkanocnego nie obchodzi się za oceanem więc byłam dziś w pracy, dzieci w przedszkolu. Mąż wziął sobie wolne, miał to być Jego Wielki Dzień Spania. Tak się jednak przejął tym, że będzie spał cały dzień, że w końcu… nie mógł zasnąć w ogóle :(

 

Magiczna różdżka

Dodano 6 kwietnia 2009, w Bez kategorii, przez popiatej



Odkrywam nową zależność w
swoim życiu. Jak tylko napiszę o czymś w blogu, to zaraz się okazuje, że jest
dokładnie odwrotnie.
 
Napisałam, że dzieci śpią przez noc – za cztery dni przestały. Napisałam, że
Karolinka ma nóżki jak patyczki – przytyła. Napisałam, że Gabrysia leniwa i
tłuszczyk jej się odkłada – obraziła się za ten tłuszczyk, przeszła na dietę i
schudła. Napisałam, że w domu ład i porządek – to Kuba wpadł w manię budowania
namiotów z poduszek, materaców, kocyków, tudzież patyków, i znoszenia do nich
zabawek w ilościach hurtowych. Namioty, rzecz jasna, stać muszą całymi dniami
pośrodku pokoju, bo budowniczy na rozbiórkę nie pozwala. Mam więc w domu taki
porządek, że hej!

Zmiana goni zmianę. Chociaż nie, przepraszam, mam nadal jedną constans w
życiu. A właściwie dwie.  Łan – mogę liczyć na to, że przywita mnie w domu
kochany, wierny i szczęśliwy pies. Tuu – mogę liczyć na to, że przywita mnie w
przedszkolu marudny, zmęczony, acz niechętny powrotowi do domu, Kubuś. Tak, na
to drugie mogę liczyć szczególnie…    

No to co? Skoro to taka magiczna różdżka ten nowy blog trojaczkowy, to piszę co
następuje a niech się sprawdza odwrotnie:

- Trojaczki budzą się co chwilę, płaczą, marudzą, wariują, spać rodzicom nie
dają… 

- W pracy przechlapane, robota nudna i mało rozwijająca – wiadomo, kobieta na
macierzyńskim głupieje i zatraca własności logicznego myślenia i zarządzania, o
wiedzy z zakresu wykonywanej pracy już nie wspominając – trzeba jej odebrać
ważne projekty, zdegradować do roli wyrobnicy i niech się cieszy, że ją
przyjęli spowrotem, z czwórką dzieci na stanie…  

- Pogoda do bani, śnieżek z deszczem tej wiosny dominuje… 

- Na obiad ciągle to samo, wena kulinarna gdzieś uleciała… 

- Pies się leni… 

- Waga stoi w miejscu (i nie mam tu na myśli, że w łazience)… 

- Kuba jest niegrzeczny… 

- Wakacji w tym roku nie będzie…

Dobrze, wystarczy. Jak chociaż połowa się odmieni to i tak będę
szczęśliwa :)  

 

  • RSS