26 marca 2009

Dodano 26 marca 2009, w Bez kategorii, przez popiatej

Odbieramy trojaczki i Kubę z przedszkola. Zapakowani jedziemy do domu, maluchy zdążyły już zasnąć, odwracam się i pytam Kubusia jak minął mu dzień.

Czuję się trochę zniszczony – odpowiada Kuba

:)

A trojaczki rosną jak na drożdżach; wróciły do nocnego karmienia między trzecią a czwartą. Nie jesteśmy w  stanie oszukać Karoliny smoczkiem czy butelką z wodą, nie uspokoi się dopóki nie zje. Pozostali też budzą się zaraz po niej. Ale za to idą spać bardzo wcześnie, wszyscy śpią już twardo przed osiemnastą, karmienie o 21 jest szybkie, przez sen.

W pracy nadal nie do końca ciekawie, ale powoli odzyskuję dawny status. Muszę się tylko w wolnym czasie nauczyć nowego języka programowania i nowego systemu jakiego używamy do eLearning.

I tak nam biegnie dzień za dniem, podobnie. Ludzie pytają jak sobie daję radę z trójką, odpowiadam, że właściwie to jakbym nie miała dzieci w domu bo… śpią. Ale i tak nie trafia, niektórzy potrzebują chyba wierzyć, że ktoś ma gorzej, ciężej. Więc już nawet specjalnie się nie staram udowadniać, że z trojaczkami też da się żyć – niech sobie myślą, skoro muszą, że chodzimy po ścianach ze zmęczenia, gryziemy paznokcie z nerwów, nie dojadamy, nie śpimy, że w domu chaos, płacz, krzyk, brud i zgrzytanie zębów.     

A w domu cisza, spokój i ład…
(przynajmniej przez większą część dnia)     

 

Trzy miesiące

Dodano 23 marca 2009, w Bez kategorii, przez popiatej

Po tygodniu poza domem, cała trójka jest lekko przeziębiona. Nic poważnego, jedynie noski trochę zapchane, na szczęście bez gorączki i innych objawów. Pierwszy był Filip, w sobotę zaczęła siąpić Karolinka, aż w końcu dopadło Gabrysię.  

Oprócz przywleczonego kataru, wszystko w żłobku układa się dobrze. Panie uwielbiają nasze trojaczki, nie mogą się nachwalić jakie spokojne i kochane. Biorę poprawkę na to, że innym rodzicom też tak kadzą, poza tym niebagatelną sumę co tydzień zostawiamy tam za całą czwórkę, więc może szczególnie szczodrze obdarzają nas komplementami. Ale obiektywnie rzecz biorąc, dzieci rzeczywiście mamy spokojne i łatwe w obsłudze. Nie miewają kolek, nie marudzą zbytnio, lubią spać, jeść, bawić się same, są coraz większe i samodzielniejsze w jedzeniu ‘bez trzymanki’ – butla podparta kocykiem lub specjalną podpórką – jedna osoba jest w stanie nakarmić wszystkie trzy w nieco ponad pół godziny, wliczając przewijanie i odbicie.

Dzieci są coraz bardziej kontaktowe, uśmiechają się do nas i do pań w żłobku, rozglądają się, podążają wzrokiem za osobami i za przedmiotami, uwielbiają obserwować karuzele nad głowami w swoich łóżeczkach. Zaczęły także gaworzyć, każde inaczej: Filip mówi „a guuuu” gdy się do nas uśmiecha i „łejo, łejo” kiedy jest głodny (zupełnie jak Kubuś w jego wieku), Gabrysia „gieeee” z pięknym uśmiechem, a uśmiecha się niemal bez przerwy. Gabi szczególnie upodobała sobie rybki i małpkę na swojej huśtawce i może w niej leżeć godzinami, cichutko, spokojnie, i uśmiechać się do swoich zwierzątek. Cudnie tak wygląda, pogodne i szczęśliwe dziecko. Karolinka uśmiecha się też często i czasami zdarzy się jej powiedzieć, a raczej wyszeptać, „a giii”. Jeszcze jednak nie tak często jak pozostałej dwójce. Natomiast Karolina jako pierwsza zaczęła się nie tylko uśmiechać, ale głośno śmiać; już dwa razy ją na tym przyłapałam :)

Zabawne jak jedno z nich zaczyna robić coś nowego i za kilka dni drugie i trzecie dziecko podąża w jego ślady. Żadne z nich nie jest bardziej czy mniej rozwinięte, każde inaczej, w innym kierunku. Mam w domu niezbity dowód na to, że każde dziecko jest inne, każde inaczej i w swoim tempie się rozwija, nie zawsze zgodnie z tym co piszą w podręcznikach. Mam przeczucie, że jeszcze nie raz będziemy świadkami tego jak bardzo różne są nasze trojaczki i jak niezależnie od siebie się rozwijają. Są pewne podobieństwa ale chyba na razie więcej jest między nimi różnic. 

Karolinka, na przykład, jest do przodu z gimnastyki, bardzo aktywna, bez przerwy w ruchu, macha nóżkami, rączkami, położona na plecach kołysze się na boki i próbuje przewrócić. Z brzuszka na plecy kilka razy sama się już przewróciła. Gabrysia to przeciwieństwo Karoliny pod względem rozwoju ruchowego – spokojna i powolna, troszkę leniuszek bo wiem, że potrafi machać nogami ale jej się nie chce, nie widzi potrzeby. Dlatego choć jedzą tyle samo, Gabrysia ma pulchniutkie nóżki i buźkę a Karolinka spala wszystko i ma nóżki jak patyczki. Filipek jest gdzieś pośrodku, jeszcze się nie przewraca sam ale lubi się ruszać na macie gimnastycznej. I jest bardzo silny, zabawki ledwie wytrzymują ataki jego silnych łapek. Filip podnosi wysoko głowę położony na brzuszku, ma silne ramiona. Rozgląda się dokoła, uwielbia głos Kubusia i reaguje na niego bardzo żywo. Gabrysia i Filip zaczynają powoli oglądać swoje wyciągnięte rączki, u Karolinki jeszcze tego nie zaobserwowałam, kwestia kilku dni.

Wszyscy natomiast próbują złapać rzeczy zawieszone nad głowami. Ich ruchy są jeszcze nieskoordynowane, a jak już się uda coś chwycić to są wystraszone bo nie wiedzą co się stało i jak wypuścić to coś z łapki. Dzieci uwielbiają się też kąpać. Filip zaczyna już nawet bawić się wodą, chlapać, choć sam chyba jest tym zdziwiony :) Nasz mały chłopczyk bardzo się zmienił w ciągu ostatniego miesiąca. Chciałoby się powiedzieć, że wydoroślał, uspokoił się. To już nie ten sam maluch, który domagał się noszenia i przytulania przez babcię kilka tygodni temu. Potrafi teraz czekać grzecznie na swoją kolej do przebierania, kąpania, przytulania (uwielbia być obcałowywany i nadstawia się do buziaków). Zabawny chłopak!  

Gabrysia to taki z cicha pęk, spokojna i na drugim planie, ale jednak to ona najbardziej rozwija się ‘społecznie’. Jeśli akurat nie śpi – lubi towarzystwo innych osób: Kubusia, rodziców, młodszego rodzeństwa, Batona. Świetnie reaguje na nasze głosy, odwraca głowę dokładnie w kierunku źródła dźwięku, zaczyna gruchać i uśmiechać się od ucha do ucha. Filip i Karolinka też oczywiście cieszą się na nasz widok, ale Gabrysia jest szczególnie uradowana z towarzystwa.

Kubuś nadal jest dobrym bratem i gdy tylko któreś maleństwo zapłacze od razu nas przywołuje żebyśmy się nim/nią zajęli – a my czasami chcielibyśmy dać im troszkę popłakać żeby nauczyły same się uspokajać. No cóż, nie z Kubusiem. Wstawia się za nimi i od razu woła mnie lub tatę, że trzeba dać jeść, wsadzić smoczka (sam też próbuje), pogłaskać po główce, przytulić. A jak się rodzic szczególnie ociąga z niesieniem pomocy marudzącemu dziecku to sam przybiega, głaszcze, uspokaja szeptem scenicznym, mówiąc, „nie płacz Karolinko/Filipku/Gabrysiu (dziewczynki często jeszcze myląc,) już mamusia idzie do ciebie” albo o sobie „już jestem tutaj, nie płacz, już Kubuś jest przy tobie”.

A wczoraj zaśpiewał mi po raz pierwszy urodzinowe ‚Sto Lat’ przy torcie i był to najlepszy prezent jaki mogłam dostac na urodziny - bez linii melodycznej (słuch Kubuś ma po tatusiu), z pomieszanymi słowami, zjedzonymi końcówkami, ale śpiewane z takim zapałem i żarem w oczach, że aż mi się to sto lat odcisnęło w sercu. Kochany :)

Ps. Dzisiaj śpiewamy tacie.

 

Pierwszy dzień

Dodano 17 marca 2009, w Bez kategorii, przez popiatej

Pierwszy dzień pracy za mną. Był taki sobie. Dużo zmian, nowe twarze, inny system pracy, szefowa raczej też z innej bajki. Czułam się trochę jak piąte koło u wozu; moje obowiązki wykonuje teraz dwoje innych ludzi, a dla mnie chyba nie ma na razie planu. Może się spodziewali, że w ogóle nie wrócę? A może liczą, że po kilku dniach się rozmyślę i rzucę robotę jeśli niezbyt dobrze mnie przyjmą?  

No to się przeliczą, bo ja zostaję.  

Tym bardziej, że maluchy poradziły sobie wyborowo w żłobku. Zjadły wszystko co miały zjeśc, pospały, pobawiły się z paniami i wróciły do domu w dobrych nastrojach.

***

Trojaczki kończą w czwartek trzy miesiące. W zeszłym tygodniu zrobiłam im małą sesję fotograficzną. Było z tą ‘małą’ sesją całkiem sporo zamieszania, układania w różnych pozach, poprawiania żeby patrzyły gdzie trzeba i zbytnio nie obijały nawzajem łokciami, żeby nie zamykały oczu, nie zasłaniały sobie lub sąsiadowi twarzy przy pomocy ciągle ruszających się łapek i nóżek. Aż mnie mięśnie twarzy rozbolały od ciągłego uśmiechania się i rozśmieszania żeby nie płakały. Udało mi się też w końcu nakłonić Kubę do wspólnego zdjęcia z rodzeństwem, mam więc ich wszystkich czworo nareszcie na jednym zdjęciu. Napociłam się nieźle skacząc nad całą czwórką z aparatem, lampą, zmieniając obiektywy, ale kilka zdjęć wyszło w miarę dobrych, będzie pamiątka.

A w niedzielę po południu miałam idealne światło na zewnątrz, popędziłam więc z Kubą i psem za dom na pole popstrykać migawką. Też ładne wyszły.  

Ale wcześniej wypróbowałam nasz potrójny wózek. Pomyślałam sobie, że co mi szkodzi spróbować, wyciągnęłam go z piwnicy, załadowałam załogę i działa. Siedzenia rozkładają się do ¾ więc maluchy wygodnie tam leżą. Pojechaliśmy na spacer całą rodziną, Kuba spacerował/biegał lub odpoczywał na pchanym przeze mnie rowerku, z boku szedł pies a tata pchał duży wózek z trójką. Dużo nas było i jak się można domyślić sąsiedzi wylegli gratulować, oglądać i kręcić głowami z niedowierzaniem bo wielu nie wiedziało, że spodziewamy się trojaczków – przez zimę ludziska siedzą w domach i mało się spotykamy.

Zdjęcia poniżej.


Kuba i jego pies.

Od lewej: Karolina, Filip i Gabrysia.

 

Moje kochane śpiochy

Dodano 13 marca 2009, w Bez kategorii, przez popiatej

Rosną nam małe śpiochy :) Wszyscy troje śpią w nocy przez siedem, osiem godzin od około trzech tygodni, czyli od kiedy skończyły dwa miesiące. A Gabrysia od tygodnia bije rekordy i śpi po dziesięć godzin, wytrzymuje aż do ósmej rano.

Właściwie ta notka miała być o Gabrysi i nosić tytuł "Mój kochany śpioch", w liczbie pojedyńczej. Tak myślałam jeszcze wczoraj, kiedy planowałam napisać o naszych nockach z trojaczkami. A tu dziś w nocy wszyscy troje przespali 10 godzin! Będzie więc o moich kochanych śpiochach, wszystkich trzech. I oby ta nocka nie była jedynie wyjątkiem :) 

Naturalnie nie jest to dziesięć bitych godzin kamiennego snu; no może jedynie u Gabrysi, jej rzeczywiście zdarzyło się kilka nocy bez jednego zająknięcia przez 10 godzin. Mówiłam – dziecko anioł! Wstaję do nich kilka razy bo zdarza im się popłakać gdy chcą zmienić pozycję lub chce im się odbić, czasem trzeba dać trochę wody na lepsze spanie, czasem ukoić smoczkiem. Ale nie karmimy ich przez całą noc od 22 do 7-8 rano. A od wczoraj w związku z moim powrotem do pracy zamieniamy się z mężem co drugą noc na dyżury, więc co drugą noc każde z nas prześpi całą.     
 
Całkiem nieźle jak na niespełna trzymiesięczne wcześniaki.

Co jeszcze nowego u nas? Dziś sobota, jest dodatnia temperatura i cudnie świeci słońce. Wzięłam Filipa i Karolinę na ich pierwszy spacer. Zasnęły pięknie na świeżym powietrzu, po powrocie zaparkowałam więc wózek przy garażu a sama wzięłam się za porządki w ogrodzie. Trochę jeszcze zimno ale mogłam w końcu usunąć stare gałęzie, krzewy, liście – rzeczy, których nie mogłam zrobić na jesień bo musiałam bardzo na siebie uważać w trojaczkowej ciąży podwyższonego ryzyka. 

W międzyczasie obudził się z popołudniowej, kilkugodzinnej drzemki Kuba /śpioch numer dwa, zaraz po tacie – nieodzownym numerze jeden w naszej rodzinie ;) /, dołączył do mnie w ogrodzie a potem zażyczył sobie spaceru. Zrobiłam szybko obiad i już zaraz Kuba siedział w przednim siedzeniu podwójnego wózka a z tyłu jechała Gabrysia. Tak więc ‚wyspacerowałam’ wszystkie swoje dzieci tego dnia, w dwóch podejściach. Baton był przeszczęśliwy – dwa spacery z panią w jednym dniu :) Właśnie śpi pod moimi nogami i nieźle mi tutaj chrapie ze zmęczenia, przyjemnego zmęczenia. 

Postanowiliśmy, że postaramy się kupić drugi wózek dwuosobowy, abyśmy wszyscy mogli wybrać się na spacer zanim trojaczki będą wystarczająco duże na ich potrójny wózek. Kuba sam nie przejdzie więcej niż kilometr, może półtorej, a nieść tego dwudziestodwukilowca też nie mamy zamiaru, czymś jechać musi.

A skoro już przy Kubie jesteśmy, wrócił on wczoraj z przedszkola – w piątek trzynastego – z rozciętą, krwawiącą wargą. Według wersji Kubusia pobił go chłopiec, według pani dostał przypadkiem z buta od dziecka przed nim, kiedy nie poczekał wystraczająco wdrapując się za nim na zjeżdżalnię… Nie wygląda to ładnie ale kiedyś w końcu musiało się stać – pierwszy poważniejszy "wypadek" chłopca-wygibowca.

Co jeszcze, maluchy ważą już dużo jak na dzieci urodzone 6 tygodni za wcześnie. Filip 6 kilo, Gabrysia 5,5 a Karolina 4,5. W piatek wzięłam je w odwiedziny do żłobka, przedstawiłam paniom, opowiedziałam (i opisałam żeby zapamiętały) co kto lubi, jak je, jak odbija, jak śpi, i temu podobne. Panie były bardzo miłe i jedyne co mnie zmartwiło, to że prawo stanowe nakazuje żłobkom oferowanie pokarmu co 3 godziny. Nasze maluchy mają znakomity grafik i jedzą bardzo dobrze co 4 godziny. Boję się, że to częstsze podjadanie całkiem je rozreguluje i zaczną jeść mniej a częściej, budzić się w nocy, niedojadać, marudzić. Jedyne co może panie w żłobku zwolnić od obowiązku trzygodzinnego karmienia to zwolnienie od lekarza, notka, że muszą jeść rzadziej żeby jeść więcej objętościowo i rosnąć. W piątek nie udało mi się już tego świstka zdobyć bo nasz lekarz pracował tylko do południa. Ale w poniedziałek od rana działam z Jeną, super pielęgniarką naszego doktora, zresztą też wspaniałego.

Jutro odwiedza nas Colleen, moja szefowa, niestety już była. Zmieniła stanowisko podczas mojej nieobecności w pracy. Moją grupę po jej odejściu rozwiązano i będę teraz pracować z całkiem nową grupą ludzi, nową szefową, w innym mieście (z tego akurat jestem zadowolona bo zamiast godzinnego dojazdu do M będę dojeżdzać 15 minut do F).

Pora nakarmić śpiochy, zbliża się 22:00. Dziś moja kolej na czuwanie, poczytam jeszcze coś do poduszki, przytulę przez sen wszystkie cztery główki, zatrzymam się na moment, zapatrzę, zapamiętam jak bardzo fajnie jest być tu i teraz, ucałuję i pójdę do siebie dziękować losowi za ten zaczarowany świat i magicznych ludzików jakimi mnie obdarzył. 

 

Ręce, nogi…

Dodano 13 marca 2009, w Bez kategorii, przez popiatej

Ślęcząc dzisiaj nad kolejną już łapką czy nóżką zaczęłam podliczać i… aż mnie zmęczyła ta liczba – co najmniej raz na tydzień obcinam 100 paznokci – Kubie, Filipowi, Karolinie, Gabrysi i sobie. Każdemu po dwadzieścia.

Dobrze, że mąż obcina sobie sam :)

Ps. A zaraz potem zdałam sobie sprawę ile paznokci będzie mieć do utrzymania słynna mama ośmioraczków, plus dodatkowej szóstki w domu… Eeee, panie – to u mnie luzik! 

 

Powrót do pracy

Dodano 10 marca 2009, w Bez kategorii, przez popiatej



W tym tygodniu kończy się mój dwunastotygodniowy urlop
macierzyński i od poniedziałku wracam do pracy. Sęk w tym, że nie jestem
gotowa. Mam rozdarte serce; wiem, że maluchy będą pod dobrą opieką w prywatnym
żłobku, do którego je posyłamy, ale wiem
też, że nikt nie zadba o nie jak mama – pamiętam jak było z Kubą. Będą
nakarmione, przewinięte, zabawione ale inaczej, nie po „mojemu”. Zaczną się
pewnie odparzone pupy (panie przewijają nie tak często jak ja), odparzone
szyjki od mokrych ubranek (przebierają też rzadziej), będą zmęczone i płaczliwe
gdyż w żłobku pali się światło jarzeniówek, nawet gdy dzieci śpią w łóżeczkach.
No i przede wszystkim będą miały długie dnie poza domem bo praca i dojazdy to
dla mnie i męża co najmniej 10 godzin dziennie. Do tego wybranie się rano z trojaczkami
i czwartym Kubusiem będzie dla mnie nie lada gratką :)            

Ale wiem też, że pani Mary i
Jennifer zajmą się nimi najlepiej jak potrafią. Obie są bardzo spokojne,
pogodne, i uśmiechnięte, przez trzy lata od kiedy tam jeżdżę nigdy nie
widziałam ich niezadowolonych czy zdenerwowanych na swoich podopiecznych. To
był główny argument za żłobkiem a nie przyjęciem niani do domu.                

Z
trójką niemowlaków jest dość dużo pracy i nie umielibyśmy chyba zaufać obcej osobie w ciemno i zostawić nasze skarby pod opieką kogoś, kto może nie wytrzymać ostrego tempa i
stresu, zdenerować się i zrobić im krzywdę kiedy wszystkie trzy wyją co sił w
płucach. Oczywiście mogłoby się zdarzyć, że trafimy na wspaniałą nianię ale
mogło też być inaczej, tych kilka pań jakie odpowiedziało na nasz anons było
bardziej zainteresowanych potrójnymi zarobkami za trojaczki niż dziećmi. Tyle się słyszy o nianiach
nieradzących sobie z własnymi emocjami. Boję się też, że ta osoba zaniedbałaby dzieci a czas spędzała przed
telewizorem, na telefonie lub na komputerze – co z tego, że nasz
zabezpieczę, w tych czasach każdy nosi świat wirtualny w kieszeni. 

W żłobku są co namniej
dwie panie w pokoju dla maluchów i wzajemnie się kontrolują, jak jedna ma dosyć
to druga chwilowo przejmuje obowiązki dopóki pierwsza nie ochłonie. Do
tego dwie panie w pokoju obok, dyrektorka, jest nadzór. Sytuacje, gdzie
narażone jest zdrowie lub życie dziecka są nie do pomyślenia. Jedyne co może
mnie martwić to choroby zakaźne przynoszone stamtąd i niedociągnięcia w
higienie – ale takie mają standardy, zmieniają pieluchę co 2 godziny, nieważne
czy ktoś zrobi kupę w międzyczasie i leży w niej przez 2 godziny.                            


plusy i minusy każdego rozwiązania. Z nianią dzieci byłyby w domu, nie narażone
na wirusy i bakterie, których pełno w żłobkach i przedszkolach. Nie byłoby też
problemu z odwożeniem i przywożeniem całej ferajny. No ale właśnie, gdzie
znaleźć taką nianię, która odpowiadałaby naszym standardom, której moglibyśmy
zaufać, i która chciałaby opiekować się trójką, a do tego w wieku 19 lat bez
doświadczenia i wykształcenia nie żądała pensji wziętego architekta czy inżyniera
za samą opiekę nad dziećmi. Nie mówiąc już nawet o drobych obowiązkach domowych
jak pranie ubranek, sprzątnięcie pokoju dziecięcego, odgrzanie obiadu.                           

Pytanie
zasadnicze – dlaczego nie zostaję w domu tylko wracam do pracy skoro wiem, że
sama najlepiej zajęłabym się dziećmi? Z trzech powodów.                        

Najważniejszy to znakomite
ubezpieczenie zdrowotne, jakie oferuje mój pracodawca. Rzecz w Ameryce coraz
rzadziej spotykana a jakże potrzebna! Bez niego koszt leczenia sześcioosobowej
rodziny, szczepienia, wizyty kontrolne kosztowałyby nas znacznie więcej a
na niektóre usługi z ubezpieczeniem mężowskim w ogóle nie byłoby nas stać (np. trojaczki dostają już trzeci
raz szczepionkę przeciwko RSV, groźnemu wirusowi, szczególnie dla wcześniaków. Z
moim ubezpieczeniem kosztuje nas to dosłownie grosze, piętnaście dolarów „za
sztukę” a moja firma płaci resztę – jedna szczepionka kosztuje ponad 3 tysiące
dolarów, razy trójka dzieci, razy 5 miesięcy sezonu jesienno-zimowego, czyli 45
tysięcy dolarów rocznie). Poród (cesarskie cięcie pod narkozą)
oraz pobyt trójki maluchów w szpitalu przez tydzień (dwa tygodnie dla Karoliny)
to wydatek około 150 tysięcy dolarów. Cena domu w niektórych stanach. Całość pokryje mój pracodawca, z naszej kieszeni zapłacimy tylko 100
dolarów wpisowego.                      

Drugi powód mojego powrotu do pracy to Kubuś. Bez
pracy i moich zarobków Kuby nie byłoby za co wysłać do przedszkola. A on bardzo
potrzebuje kontaktu z rówieśnikami, socjalizacji i nauki angielskiego.
Siedzenie w domu z mamą zajęta niemal bez przerwy opieką nad niemowlakami i
domem byłoby dla niego nudne, stresujące i uwsteczniające. Kuba to bardzo
towarzyskie dziecko i uwielbia gdy dokoła niego coś się dzieje.                      

Trzeci
powód to ja, moje zdrowie psychiczne – zamykając się w domu z trojaczkami i
Kubą nie jestem w stanie nigdzie z nimi wyjść. Zwykłe zakupy spożywcze urosłyby
do rozmiaru wyczynu logistycznego – zapakowanie wszystkich w dwa wózki (na
razie są jeszcze za małe na wózek trojaczkowy), pchanie tych wózków w pojedynkę
(niemożliwe, sprawdzałam), do tego dochodzi Kuba, którego trzeba często trzymać
za rękę w miejscach publicznych bo lubi uciekać, a na to wszystko trzeba
jeszcze do czegoś zapakować zakupy więc wózek na zakupy. Pchany chyba nogą :) Pozostałoby mi siedzenie zamkniętej w domu, daleko od centrum, od ludzi, od
życia. Jak długo bym tak wytrzymała?                          

Na razie próbujemy więc ze
żłobkiem, dajemy sobie kilka miesięcy i zobaczymy jak się wszystko ułoży. Jeśli
nie będzie działać i dzieci będą zbyt często chorować to będziemy wymyślać plan
B. Jak coś nie działa to trzeba to zmienić, na razie jednak nie gdybam już
więcej bo to nie ma sensu. Podjęliśmy decyzję, wierzymy, że najlepszą i nie ma
co się tłumaczyć.

A że nie jestem gotowa i będę tęsknić za kochanymi buźkami i uśmiechami jakie Gabrysia, Filip i Karolina
rozdają hojnie od tygodnia. Że będę wydzwaniać do żłobka co godzinę przez
pierwszy tydzień i sprawdzać jak się maluchy sprawują. To już inna historia. Na
pewno o niej napiszę.                  

Męczę tę notkę już drugi dzień
w doskokach po pięć minut, to tu, to tam. Dlatego taka chaotyczna. Nie wiem już
nawet jak ją poprawić, dodaję więc i lecę dalej obierać ziemniaki i rozbijać mięso – dzisiaj
kotlety devolay z frytkami i sałatką ze szparagów :)

 

Starszy brat

Dodano 7 marca 2009, w Bez kategorii, przez popiatej

W Kubie młodsze rodzeństwo wzbudza ambiwalentne odczucia. W pierwszych dniach po porodzie była radość, nowość, głaskanie, całowanie po główce, przytulanie. Potem nastąpił około miesięczny okres neutralny – dzieci mogłoby nie być i też byłoby dobrze.

Później przyszła złość i zazdrość o mamę i tatę. Najpierw utajniona – Mały robił wszystko żeby to nim się zająć – był bardzo głośny, marudny i wymagający. Aż wreszcie zaczął artykułować zazdrość i emocje – miałam więc płacz przy odwożeniu do przedszkola i "nie zostawiaj mnie", "nie opuszczaj mnie mamusiu!", wieczorne niekończące się "nie odchodź" gdy po przeczytaniu stosu bajek chciałam jak zwykle pożegnać się z Kubą i ucałować go na dobranoc. Było kurczowe trzymanie się nogi,  trzymanie za rękę, żeby tylko mieć kontakt z rodzicem, żeby czuć się nadal kochanym i potrzebnym. Jeśli akurat trzymaliśmy w ramionach jedno z dzieci a Mały nas potrzebował, kazał nam bezpardonowo "zostawić go/ją!", "położyć ją/go!" i nakazywał "chodź, mamusiu, chodź szybciej, musisz do mnie przyjść". Kiedy byliśmy całą rodziną na wizycie u dermatologa i pani pielęgniarka zataczając ręką nad trojaczkami zapytała Kubę co sądzi o tych wszystkich dzieciach Mały pomyślał chwilę, pomyślał i wystrzelił – ZA DUŻO ICH!  

Teraz nareszcie przyszla pora na akceptację nowych mieszkańców naszego domu a nawet na dumę z tego, że jest się starszym bratem.  Zaczęło się od tego, że pewnego popołudnia przywiozłam ze sobą Filipa by odebrać Kubę z przedszkola. Filip wzbudził powszechne zainteresowanie dzieci i pań przedszkolanek a Kuba zrozumiał, że on też może na tym skorzystać – zaistnieje w swojej nowej groupie trzylatków w przedszkolu. Zasłonił sobą fotelik i oznajmił, że to jest JEGO ‚baby’ i że on jest starszym bratem Filipka, i że go obroni :-) Uwaga skupiła się więc na Kubie, gratulowano Mu, wypytywano o imię, o to czy pomaga mamie, czy jest dumny, i tak dalej. Mały błyszczał, wypianał dumnie pierś i odpowiadał na pytania o JEGO brata. 

Kilka dni później przywiozłam do przedszkola Karolinkę i wszystkie dzieci rzuciły się ją oglądać – nasza Karolinka ciągle jeszcze malutka wygląda jak laleczka więc dziewczynki w grupie Kubusia obległy ją ze wszystkich stron i chciały koniecznie dotykać, przytulać. Znowu potężnym głosem Kuba oznajmił, że to jego siostra!

Dzisiaj byliśmy na sobotnich spotkaniach w miejskiej bibliotece, Kuba chodzi tam co drugi weekend, dzieci słuchają bajek, wyklejają, wycinają… Młody bardzo lubi panią prowadzącą te zajęcia. Dziś wzięliśmy ze sobą Filipa i o jejku, cała sala usłyszała jak opowiadał pani z biblioteki, że to jest jego brat, jego baby, a jaki był przy tym uradowany, jaki dumny! Ja się nieco oddaliłam i obserwowałam z boku jak Kuba każdemu podchodzącemu tłumaczył kto to jest, jak ma na imię, biegał dokoła siedzonka z Filipkiem, głaskał, uśmichał się do niego. Nawet nie chciał usiąść w rzędzie dla dzieci z przodu, jak zwykle, ale wolal zostać obok Filipka i go pilnować. Niesmowite uczucie patrzeć na to trzyletnie dziecko, tak odpowiedzialne, tak dumne i różne od Kubusia sprzed miesiąca kiedy dzieci mogły dla niego nie istnieć.

Czy to już koniec zazdrości? Pewnie nie, ale i tak cieszę się, że mój starszy syn odnalazł się w nowej roli i poczuł w niej pewniej. Wiem, że to od nas, rodziców, zależy jak ten okres transformacji odbije się na jego psychice dlatego robimy wszystko, żeby nie poczuł się odrzucony, mniej potrzebny, mniej kochany. Mam nadzieję, że nasze wysiłki zostaną nagrodzone i Kuba pozostanie na długo wspaniałym, starszym, troskliwym bratem, pewnym swojej wartości i miłości rodziców.

 

Podroz

Dodano 7 marca 2009, w Bez kategorii, przez popiatej

Jutro czeka nas pierwsza dluzsza wyprawa cala rodzina. Jedziemy na urodziny Dominika do Chicago. Kuba, my i trojaczki. Oraz zaplecze – butelki, jedzenie w proszku, pieluchy, ubranka na zmiane, kocyki, plecak Kuby, prezenty, wozki…  Jak sie rozpakujemy u znajomych w mieszkaniu to juz niewiele miejsca pozostanie dla innych gosci :)

Pogoda dopisuje, dzieci sa zdrowe, wiec pakujemy sie do auta i jedziemy. My w pierwszym rzedzie, Kuba na swoim siedzonku i Karolina w foteliku dzieciecym w drugim a Gabrysia z Filipem w trzecim.

Ciesze sie na te podroz i na spotkanie z paczka starych znajomych. Nie wspominając o Kubie, ktory od trzech dni o niczym innym nie mowi jak o zabawie z Dominikiem.  

 

Trojaczki

Dodano 4 marca 2009, w Bez kategorii, przez popiatej

Trojaczki maja dwa miesiace. W niedziele odleciala do siebie mama i od trzech dni jestem sama. No, nie do konca sama, bo oprocz trojki niemowlat mam w domu jeszcze trzylatka, pelnego temperamentu i energii Kubusia. W tej chwili cala czworka spi a ja porywam sie z motyka na slonce – zakladam blog aby pisac o zyciu z trojaczkami. Pomysl sam w sobie ciekawy, natomiast z jego wykonaniem moze byc gorzej. No wlasnie, napisalam przed chwila, ze wszyscy spia – spaly wszystkie przez 5 minut, Gabrysia juz nie spi, lece do niej bo ryczy.

Jestem. To jednak byla Karolina. Nie podeszla jej najwidoczniej ostania butla i pieknie wszystko zwrocila… Przebralam Karoline, obudzil sie Filip znudzony lezeniem bez sensu, pobieglam (sic!) wstawic pranie bo koncza sie czyste kocyki, odcedzilam i ugniotlam w drodze powrotnej ziemniaki na kluski slaskie, wrocilam do dzieci, ukolysalam Filipka, wytarlam ‚zahaftowane’ lozeczko i oto jestem. Co to ja chcialam. A tak, opisac jak wygladaja nasze dni z trojaczkami.

Jest dobrze, to znaczy nie jest tak zle jak myslalam, ze bedzie i jak wszyscy sie spodziewali (O Jezu, jak ty sobie dasz rade z trojka!). Przy pierwszym dziecku wlasciwie mialam jeszcze mniej czasu dla siebie niz teraz przy czworce. Jak to mozliwe? Zorganizowanie i planowanie. Wszystko jest kwestia organizacji i… nastawienia. Ze niewyspana, zmeczona? No to co, przeciez chyba nie spodziewalam sie wakacji pod palma przy trojaczkach. Lepiej myslec, ze jest super kiedy sie przespalo 3 godziny bo zawsze moglyby byc dwie albo jedna, prawda? Teraz znowu Karolina, zaraz wracam.  

Szybko poszlo, to tylko wypadl smoczek, o nie – znowu, przyniose ja tutaj, bedzie mniej biegania bo juz mi kolana siadaja od tych schodow.

Mniej wiecej wlasnie o to chodzi – ze przy pierwszym dziecku chyba nie do konca zdawalam sobie sprawe z tego jak bardzo musze zmienic swoje zycie. Nadal chcialam pracowac na dwa etaty (i pracowalam przez nastepne 2 lata), chcialam miec czas na kawe, ksiazke, poczytanie wiadomosci, itd itp. I czulam, ze ciagle nie mam na nic czasu, ze chodze zmeczona, niewyspana, ze we wszystim mam niedociagniecia, bo niczego tak naprawde nie robie dobrze z braku czasu.

Tym razem bogatsza w doswiadczenia wiem, ze na przyklad internet jest ostatnia rzecza, na jaka mam teraz czas, ostatnia na jaka powinnam go miec. Po co wiec ten pomysl z blogiem, zlodziejem cennego czasu? Bo za dwa tygodnie wracam do pracy a dzieciaki ida do zlobka. Bede miec wiecej czasu na pisanie w przerwach na lunch a chce uwiecznic te chwile z maluchami bo wiem, ze kiedys z checia do nich wroce. 

One sie tak bardzo zmieniaja, sa tak rozne od siebie i tyle w ich zyciu sie dzieje. Odlegly wydaje mi sie przylot mojej mamy dwa miesiace temu do pomocy przy trojaczkach. Kiedy to bylo? Bable byly takie malutkie, wczesniaczki, najmniejsza Tola jeszcze w inkubatorze, niecale 2 kilo. Teraz sa juz duze, prawie spia przez noc (7 godzin) i wygladaja jak zwykle niemowlaki. Filip, nasz najwiekszy trojaczek, sliczny chlopczyk o reguralnych rysach, kochanej buźce i ryżych wloskach, niecierpliwy i bardzo wszystkiego ciekaw, Gabrysia – dziecko aniol, cierpliwa, kochana i bardzo grzeczna przytulanka, i Karolina, najmniejsza kruszynka, dlatego troche rozpieszczona i krnabrna, mala dziewczynka z pieknymi, ogromnymi oczyskami :) 

Jutro przychodza kolezanki z pracy z wizyta, przelece wiec jeszcze odkurzaczem, upieke sernik do kawy, potem tylko karmienie, obiad dla Kubusia, dla meza, zmywanie, karmienie, kolejne pranie, kapanie trojaczkow, mycie butelek, usypianie, kapanie Kuby, bajki, ogarniecie domu, prysznic i spac… Tak, jeszcze pamietac wypuscic psa przed spaniem, oraz nakarmic bo o tym czasem zapominam.

Nie mam czasu na telefony (naprawde, nie zartuje, dwie minuty na sluchawce to dla mnie wiecznosc), na sprawdzenie e-maila, nie mam czasu wypilowac paznokci, uregulowc brwi, pojsc na spacer, nie mam za bardzo czasu nawet na prysznic. Ale to nie szkodzi, to nie bedzie trwac wiecznie. Teraz najwazniejsze sa dzieciaki, ich rytm dnia, spokoj, pelne żołądki i usmiechniete buzie. A że jest ich trzy a nie jedno? No coz, tak sie nam szczesliwie trafilo i nie zmienilabym tego za zadne skarby!

Tyle na dzis, zaraz obudzi sie Kuba, o – dzwoni maz, odbiore – na niego i bliskich nie szkoda mi czasu :)  
 

 

  • RSS